Żołnierze Wyklęci przypominają:

Possibly Related Posts:
- Jan Pietrzak o antypolonizmie
- Afery, afery i afery
- Widmo nad Warszawą – naukowy antysemityzm
- Prawda i won Rafała Ziemkiewicza
- Alina Cała i ja w akcji

Possibly Related Posts:
Było tak:
1. “Wspaniała Alina Cała” dała wywiad do Rzepy, w którym bez skrępowania popisała się rasistowską opinią, twierdząc, że wszyscy Polacy są winni zagłady 3 milionów Żydów podczas drugiej wojny światowej.
2. “Wspaniała Alina Cała” kilka dni później również w “Rzeczpospolitej” starała się “naukowo” udowodnić powyższą rasistowską tezę, co z założenia było zabiegiem absurdalnym, gdyż – jak sądzę – rasistowskiej tezy nie da się udowodnić,żadnymi argumentami i dokumentami (chyba, że się mylę (Co?! Nie słyszę! Da się jednak udowodnić – aha, no to mamy przechlapane).
3. Kilka dni później odbyła się pod Żydowskim Instytutem Historycznym (bardzo szacowną instytucją państwową) stu-osobowa demonstracja znajomych “Wspaniałej Alicji Całej”, wspierająca jej niesłychaną tezę. Ciekawe czy uczestnicy tej masówki zdają sobie sprawę, że uczestniczyli w imprezie rasistowskiej, że stanęli po mrocznej stronie granicy przyzwoitości.
4. Zgromadzeni podobno myśleli, że bronią prawa do wolności badań naukowych, ale po sponiewieraniu Cenckiewicza, Gontarczyka (bez znajomości ich dzieła) i Zyzaka wydaje mi się, że nie mieli by śmiałości tak twierdzić, gdyż wśród nich znajdowało się wiele osób inteligentny, wykształconych i kryształowo uczciwych, a przede wszystkim prawdomównych.
Przyczyna tytułowego widma nad Warszawą, widma rasistowskiej zarazy przyprawia mnie o lęk i mdłości. Taki oto jestem wrażliwy – jak większość przeciętnych Polaków (nie, nie, przepraszam – nie Polaków, ale ludzi. Ha, udało mi się wybrnąć z pojęciowego zaścianka).
Wywód “naukowy” dokumentujący proweniencję totalnego antysemityzmu Polaków, zaprezentowany przez “Wspaniałą Alinę Całą” ma bardzo ciekawą zawartość faktograficzną, rozkładającą zezwierzęconego odbiorcę nawet nie na dwie, ale na cztery łopatki.
Niewykluczone, że owa zawartość faktograficzna wygląda według Autorki tak:
1. XIX wiek.
A. Polacy, nie wiedzieć dlaczego, uzyskują jakąś drażniąco wyrazistą tożsamość narodową, chyba jedynie po to, aby wymyślić nowoczesny antysemityzm, o czym marzyli – jak wiadomo – od momentu Chrztu Polski w 966 r. Zaczynają się pastwić, wspierani przez Kościół, nad swoimi współobywatelami, a raczej cesarskimi współ-poddanymi , bowiem chcą się sprawdzić w działaniu przed założeniem takiej tam Ligi Narodowej i innych nikomu właściwie niepotrzebnych organizacji, siejących nienawiść narodową i społeczną.
B. Nasi drodzy współ-poddani w zasadzie nie robią nic godnego uwagi – ot, zwołają sobie kongres syjonistyczny w celu walki ze wzrastającym antysemityzmem, jakiś kongresik Bundu, a poza tym słuchają śpiewu ptaków, szczebiotu dzieci oraz skrzypka na dachu. Oczywiście, okropnie martwią się niebezpiecznie wzrastającym polskim antysemityzmem, ale to normalka.
2. XX wiek do 1939 r.
A. Polacy wciąż jacyś niespokojni, bez skrupułów wykorzystują I-szą wojnę światową do odzyskania niepodległości. Cwaniaczki, jedne. Założyli endecję i chadecję i się panoszą, jak zwykle z poparciem Kościoła. Bez niego to już nic nie potrafią zrobić. Cwaniaczki, a jednak niezguły.
B. Nasi drodzy współobywatele nadal martwią się polskim antysemityzmem, z powodu którego nie mogą się kształcić i dlatego nie ma wśród nich ludzi z akademickimi dyplomami. Poza tym słuchają śpiewu ptaków, skrzypka na dachu, z niekłamanym wstrętem patrzą na wschód w stronę Związku Sowieckiego, unikają pochodów pierwszo-majowych i jak ognia strzegą się zarazy komunizmu, ucieleśnionej w Komunistycznej Partii Polski. Nie chcą przeciez być agentami obcego mocarstwa, bo to nieprzyzwoicie i nielojalnie wobec kraju, którego są obywatelami.
3. II wojna światowa.
A. Rzecz niesłychana. Polacy utracili przecież Ojczyznę, ale jak to oni (zawsze coś muszą kombinować), wymyślili Państwo Podziemne. Państwo to powstało, aby wydawać, równie podziemne jak ono, gazetki nacjonalistyczne, a w gruncie rzeczy – po prostu – antysemickie. Powstały też różne bardzo niesympatyczne i awanturnicze organizacje wojskowe, wiadomo na czyją zgubę.
B. Żydzi byli mordowani przez Niemców oraz przez czytelników i wydawców gazetek Państwa Podziemnego.
4. PRL.
A. Nareszcie nastał okres spokoju, można rządzić, żyć i cieszyć się wolnością po strasznych poprzednich trzech okresach dziejów naukowego antysemityzmu. Polacy jednak nie tylko nie poczuwają się do jakiejkolwiek winy, ale jeszcze drwią z tego pojęcia nazywając tak zbrojną organizację – WiN czy jakoś tak – która sprawiła sporo kłopotu, ale jakoś się w końcu wszystkich wymordowało i spokój nastał w całym kraju nad Wisłą. Jeszcze jakiś Fieldorf podskoczył, ale to już był drobiazg. Przygniotło się butem i po robactwie. Polacy jakby przycichli, ale jakoś tak niewyraźnie wyglądali, jakby byli niezadowoleni i troszeczkę jakby zbierali się w sobie. No, ale może chodziło o zbieranie grzybów, znane polskie zajęcie ludowe. Kto ich tam wie.
B. Nasi drodzy współobywatele permanentnie niepokoili się o stan antysemityzmu w statystycznym Polaku, bo a nuż wybuchnie ten rasowy ogień i powiedzą ci nierozważni ludzie, że w UB za dużo drogich współobywateli. A co to – każdy ma prawo do swobodnego wyboru miejsca pracy. Jak będzie trzeba to zrobi się demonstracyjkę siły w obronie wolności na socjalistycznym rynku pracy.
Niejeden oficer martwił się, że Polacy mogą źle zrozumieć jego intencje i wziąć niechrześcijański odwet w chwili gorączki jaka ich czasami dopada.
5. III Rzeczpospolita.
A. Nastała wolność i demokracja, ale Polacy natworzyli kupę jakichś kanapowych partii i stowarzyszeń, a spora ich część niemile się odzywała do drogich współobywateli. Jak zwykle. A g… chłopu, nie zegarek.
Z początku Polacy czytali jedną Gazetę i niby im wystarczało, ale nagle przyszło im do kołtuniastych łbów, aby zróżnicować ofertę medialną. Powstały jakieś nowe tytuły, ale o zgrozo, pisali w nich inni autorzy, nie ci sami co w Gazecie. Przyznaję, to już już było i jest zbyt ostre przegięcie. Tak nie można, nie godzi się. Trzeba czytać i słuchać tego, co mądrzy ludzie piszą i mówią, a nie marudzić pluralistycznie.
Później Polacy poczuli, że jednak bez dostępu do wiedzy będą ciemni jak w tabaka w rogu i wymyślili Instytut Pamięci Narodowej. A co to własnej pamięci nie mają, muszą się wspierać źródłami historycznymi. Przecież wiadomo, że one, te źródła zawsze kłamią, a mądrzy ludzie mówią tylko prawdę.
I czemu niby ta wiedza ma służyć. Przecież wiadomo – utrwalaniu w narodzie antysemityzmu. A tak? No więc to jest zdecydowanie zła wiedza.
B. Nasi współ-przyjaciele (niechże teraz tak będzie) zdecydowali ostatecznie rozprawić się z lewiatanem antysemityzmu w sposób “naukowy”, rozkosznie przwrotny i jednocześnie genialnie prosty. Najważniejsza jest bowiem czysta i nieskalana struktura świata.
Uczona historyczka “Wspaniała Alina Cała” ostatecznie przyspawała wredny rasistowski syndrom antysemityzmu do absolutnie wszystkich Polaków i do każdego z osobna. Szlus i po problemie.
Zdaję sobie doskonale sprawę, że powyższy wywód w porównaniu z prostotą myśli i argumentacji Wspaniałej Aliny Całej” jest nader pokrętny i mocno skomplikowany, ale taka to już moja osobista cecha narodowa.
Zagmatwać i pozostać zwierzęcym antysemitą.

Possibly Related Posts:

Krzyż ze stołu sędziowskiego - Sąd Grodzki Tarnogrod - 1930-te
Jestem niedobrym Katolikiem i nie mam czystego konta w swoich stosunkach z Watykanem, a konkretnie z kolejnymi Papieżami. A jest tak dlatego, że:
Possibly Related Posts:
Otworzyłem na witrynie “Piotr Wójcicki – Długa rozmowa” nowy dział pod krótkim, ale mocnym tytułem “PLIKI“. To zaledwie zapowiedź przyszłego raju dla chętnych do ściągania dokumentów i innych świadectw, opisujących sprawy, wydarzenia i problemy tematycznie związane z tą witryną. Celem tego zamierzenia jest zgromadzenie jak największej ilości elementów, dotyczących konserwatyzmu, lustracji, eutanazji i innych istotnych problemów cywilizacyjnych i społecznych, rozproszonych po wirtualnych ostępach sieci.
Zwracam się więc do Czytelników z prośbą o wskazywanie mi miejsc, które ich zdaniem należałoby uwzględnić w kwerendzie wzbogacającej ofertę działu “Pliki”. Specjalną prośbę o takie wsparcie kieruję do Niepoprawnych.pl. Z góry dziękuję.
Dla zachęty we wpisie umieszczam link pozwalający na download omówienia autorstwa Łukasza Kamińskiego z IPN kwestii działania służb specjalnych na podstawie filmu niemieckiego “Życie na podsłuchu”, ilustrowanego fotosami. Tak jak wszystkie jest to dokument w formacie PDF.
Życie na podsłuchu -4.95 MB Na podstawie filmu niemieckiego "Życie na podsłuchu", Łukasz Kamiński z IPN napisał opracowanie tematu działań Stasi i komunistycznych służb specjalnych w ogóle dla zrealizowania tego materiału w programie nauczania. Ciekawe, czy nauczyciele korzystają z tego opracowania? A powinni.
Possibly Related Posts:
No i co? Chcecie cofnąć się wehikułem czasu klikaset lat wstecz? Na pewno? E!? Jednak tak? Dobrze, ale na własną odpowiedzialność. Nie mam zamiaru przyjmować później pretensji, że wyobraźnia Wam sie nieco popsuła i jakby spsiała. Jedziemy!
Kiedy oglądacie jakiś niebywale atrakcyjny film historyczny, albo czytacie ciurkiem przez wiele godzin powieść historyczną pełną przygód i niesamowitych sytuacji, a także wspaniałych opisów przyjęć, audiencji królewskich, posiedzeń szacownych gremiów, to
pewnie nieraz wzdychacie i myślicie “Jakże wspaniale byłoby się tam znaleźć i być świadkiem historii. Tak usiąść z tymi ludźmi przy jednym stole, rozmawiać, biesiadować, poznawać ludzi i okoliczności ich postępowania – jakie to frapujące byłoby, jak by to nas wzbogaciło”. To się nazywa, po prostu, marzenie.
Jeśli cofnęlibyśmy się o 200, 300 czy 400 lat zadziwiłaby nas przede wszystkim kompletna odmiana w zakresie tzw. wrażeń zmysłowych. Dzisiejszemu człowiekowi z miasta małego i dużego trudno byłoby się przyzwyczaić do owych wrażeń. A nawet powiedzmy sobie szczerze, nasz współczesny bliźni doznałby poznawczego szoku.
Zasiadłby nasz pełen dobrych chęci Świadek przy jednym stole, wśród biesiadników, na rzeźbionej ławie i po minucie wyprysnąłby gnębiony torsjami i zwiewał, gdzie rośnie pieprz.
Odór spoconych, a nawet nie spoconych ciał biesiadników był przerażający, bez względu na ich pochodzenie społeczne. Owszem, poddawali się oni jakimś zabiegom kosmetycznym, ale niezbyt higienicznym. Czasami myli odkryte miejsca ciała, a więc ręce i twarz z przyległościami (stąd pewnie powiedzenie o myciu “na mały dekolt”), ale z naszego punktu widzenia byli absolutnymi brudasami. Nieraz używali do czyszczenia ciała korzenia mydlnika, który dawał nieco złudzenia, że ma się do czynienia z mydłem. Ale bez przesady. Mycie całego ciała było zebiegiem szalenie rzadkim, a polegało na zanurzeniu w wodzie i taplaniu się, co jak wiemy zapewne z własnego doświadczenia raczej brudowi nie szkodzi.
Jeśli taki gość lub pani raczyli się – Boże uchowaj – do nas uśmiechnąć, a liczyli sobie już 30 lub więcej lat, to mielibyśmy prawo do omdlenia nie tylko z powodu odoru, dochodzącego z ich ust. Ujrzelibyśmy koszmarne, nieregularne, czarniawe zęby, albo miejsca po nich, a więc szczerby. Żałoba za paznokciami była dość powszechna, zwłaszcza u polskiej szlachty, która zresztą szczyciła się również nie obciętymi, zapuszczonymi pazurami.
Kajetan Koźmian, właściciel klucza pięciu wsi, w swoich fascynujących pamiętnikach (szczerze polecam oczywiście z innego względu, a mianowicie jako znakomity tekst polityka konserwatywnego i zwolennika Królestwa Kongresowego. Pisał np. o kimś, kogo szanował: “Ale Bóg mu oszczędził bolesnego strapienia, uprzedził śmiercią ustanowienie Konstytucji 3 Maja…”.) daje nam opis Lublina w czasie sejmiku wyborczego do Sejmu w 1888 r.(zwanego później Czteroletnim). Z Podlasia nadciągnęła wielotysięczna rzesza drobnej szlachty zagonowej, aby wesprzeć swoich kandydatów. Rozbili się oni obozem pod miastem, a sam
Lublin został przez Podlasian zdominowany i co nieco sterroryzowany ich chuligaństwem, bowiem rąbali szablami bez powodu i potrzeby mimo, że wysyłano do ich przywódców grzeczne prośby “aby rozbujałych panów braci w porządku utrzymali”. Podczas licznych potyczek i bójek nieraz napadnięta szlachta uciekała z domów, namiotów czy karczm w skąpym odzieniu, w jakiejś bieliźnie, która zbrukana była odchodami bowiem zmiany tej części ubioru następowały wyjątkowo rzadko. Buty tej gołoty szlacheckiej śmierdziały dziegciem i wystawała z nich brudna słoma, co Koźmian precyzyjnie opisał.
Odór rozchodzący się w kościołach, w których odbywały się sejmiki nie przeszkadzał książętom Sapiesze czy Czartoryskiemu brać w nich aktywnego udziału. Wyjątkiem był król Stanisław August, który omal nie zemdlał w zetknięciu z panami bracią. Posłowie pijani jak bele wymiotowali tak w kościele, jak i pod jego ścianami na zewnątrz. Czy ktoś z naszych współczesnych wytrzymałby w takim towarzystwie? No, co jedziemy dalej wehikułem czasu? Jedźmy więc.
Ale zacznijmy od dnia dzisiejszego. Otóż w mojej podlaskiej wiosce, położonej naprzeciwko Drohiczyna, po drugiej stronie Bugu higiena jej mieszkańców jest w znacznie lepszym stanie niż szlachty XVII-XVIII- wiecznej. Gospodarz w ciągu tygodnia nie zmienia ubrania, zarasta brodą i myje, a raczej przemywa tylko ręce i twarz, czasami stopy i owszem używa mydła, ale oszczędnie. Mykwa całościowa ma miejsce w sobotę, a golenie w niedzielę. I tak w koło. W niektórych domach, ale w niewielu (bo większość do ładne, drewniane, podlaskie, niewielkie chałupy – ok. 35 metrów kwadratowych) są łazienki, ale to pomieszczenie wydaje się najbardziej zaniedbane, aż nie chce się tam wchodzić. Po pracy ubranie nie jest zmieniane, a jego wygląd przyprawia o żałość. Według wszelkiego prawdopodobieństwa taki model procedury higienicznej obowiązywał wśród XIX-wiecznej, wykształconej ludności miejskiej i może w dworach, ale niekoniecznie.
Tak więc postacie z komedii Michała Bałuckiego i Gabrieli Zapolskiej dbały o czystość na mały dekolt, dokonując zabiegów łaziebnych raz na tydzień. Codziennie natomiast zmieniano mankiety i kołnierzyki oraz golono się. Musiało wszystko więc tylko wyglądać czysto i nic poza tym. Wiemy przecież doskonale, jak może “pachnieć” człowiek po 5 dniach mycia wyłącznie odkrytych fragmentów ciała. Spróbujcie podczas wakacji, a przekonacie się boleśnie.
Mój stryjeczny dziadek Kazimierz Wójcicki opowiadał mojej Mamie o swej przygodzie z czasów młodości z lat 90-tych XIX wieku (miał wtedy dwadzieścia kilka lat). Jechał kiedyś ze starszą damą powozikiem w okolicach Tarnogrodu i na jakimś wyboju bryczka przewróciła się, dziadek wypadł z niej pierwszy na trawę, a dama okrakiem siadła mu z rozpędem na twarz, zakrywając mu ją wszystkimi spódnicami i długaśnymi majtkami. Konfuzja była wielka, a dziad Kazimierz z lekkim uśmiechem, skrywanym pod sumiastymi wąsami kończył opowieść: “Ale zapach był nietęgi”.
Już chciałem znów się cofnąć w czasie i opowiedzieć o higienie dam XVIII-wiecznych, ale postanowiłęm zjeść kolację, więc na tym skończę, aby kontynuować w następnym odcinku. Chyba, że zdecydowanie zaprotestujecie przeciwko odzieraniu historii z jej uroków.
Jeszcze tylko wytłumaczę się, dlaczego nie piszę przy tej okazji o Średniowieczu. Powiem tylko, że w XV-wiecznym Krakowie było dwieście kilkadziesiąt łaźni miejskich, natomiast w XVII wieku ich ilość zmniejszyła się wielokrotnie. Wraz z nowoczesnością upowszechnił się brud, cokolwiek by to znaczyło.
Possibly Related Posts:
Przełom listopada i grudnia 1988 roku w mieszkaniu prof. Bronisława Geremka na ul. Piwnej w
Warszawie. Siedzimy przy kawie, palimy tytoń (fajka i papierosy), a pies Skap drzemie w progu gabinetu. Rozmowa została opublikowana 9 grudnia tamtego roku na pierwszej stronie Przeglądu Wiadomości Agencyjnych (PWA) czyli tzw. Pawia, podziemnego tygodnika. Podpisalem ją – August Plate czyli nazwiskiem mojego, przybyłego z Alzacji prapradziadka. O ile mi wiadomo wywiad ten nie był nigdy nigdzie przedrukowywany, a więc postanowiłem go zawiesić w sieci. Może kogoś zaciekawi, choćby ze względów poznawczo-historycznych.
Rozmawiamy trzy dni po spotkaniu Lecha Wałęsy z Alfredem Miodowiczem.
Do ostatniej chwili przedsięwzięcie to stało pod znakiem zapytania. Lech Wałęsa zaakceptował warunki wysuwane przez telewizję, mimo odrzycenia wszystkich jego propozycji (m.in. odbycia spotkania w stoczni, w obecności robotników, rejestrowania jego przebiegu przez niezależną ekipę filmu "Człowiek z żelaza", pod kierownictwem Andrzeja Wajdy). Przy tej okazji niezwykle jaskrawo objawił się monopol państwowej telewizji, która odmówiła, na przykład, podpisania umowy, określającej prawa autorskie, dotyczące możliwości eksploatacji taśmy filmowej. Przewodniczący "Solidarności" zdecydował się na tę rozmowę, gdyż miał głębokie przeświadczenie, iż nie jest to w gruncie rzeczy spotkanie z Alfredem Miodowiczem tylko z milionami
telewidzów, ze społeczeństwem, któremu mógł oświadczyć, że nie chce takiej sytuacji, w której występowanie w TV jest li tylko przywilejem, a nie korzystaniem z przysługujących obywatelowi praw. Spotkał się w ten sposób również z młodymi ludźmi, któzy weszli do życia publicznego po 13 grudnia 1981 roku.
Wiele osób nieco starszych, pamiętających lata 80/81 zadawało sobie nerwowe pytanie: "jak wypadnie Wałęsa?".
Świadczyłoby to o tym większej potrzebie takiego kontaktu. Sądzę, że trzeba wyjść poza schemat prostego porównania obu uczestników spotkania. Znaczenie polityczne owej debaty polega na tym, że postawiona zostałą diagnoza obecnej sytuacji. Dialog, dotyczący tej sytuacji jest możliwy po legalizacji "Solidarności", czemu nadal sprzecxiwia się władza. Prawda ta dotarła do milionów ludzi, a ponieważ sprawa została jasno postawiona kierownictwo państwa musi dać równie jasną odpowiedź. Nie chciałbym się rozwodzić nad zaletami przywódcy Związku. Lech Wałęsa – po prostu – mówił prawdę, a w niej tkwi niezwykłą siła.
Pod wrażeniem przebiegu tego spotkania można zapytać, dlaczego władze "poszły" na taką imprezę?…
Myślę, że należy uwzględnić dwa elementy: pierwszy – to arogancja w połączeniu z pewnością siebie, drugi – to gra polityczna. Grupa z aparatu przeciwna spotkaniom
okrągłego stołu chciała poprzez przewidywaną przez nią kompromitację Wałęsy
wykazać, iż nie ma sensu nawiązywać dialog z ruchem nie cieszącym się społecznym poparciem. Wszelkie takie zamysły zostały zniweczone przebiegiem spotkania.
A teraz parę słów o pierwszych skutkach i echach owego wydarzenia…
Oszołomienie władzy – oto natychmiastowy skutek. Pierwszej informacji PAP-owskiej towarzyszyła cenzorska blokada interpretacji – komentarze były zabronione, a te, któe ukazały się po paru dniach były nędznej jakości. Taka reakcja oficjalnych publikatorów jest właśnie świadectwem oszołomienia włądzy wynikłą sytuacją. Ekspert zajmujący sie problemami propagandy mógłby zorganizować seminarium na temat: "Jak tworzy się kłamstwo?", uwzględniając enuncjacje prasowe z ostatnich dwóch miesięcy m.in. dotyczące oświadczenia Episkopatu Polski, spotkania i przemówienia Lecha Wałęsy przed kościołem św. Brygidy w Gdańsku oraz relacje o komentarzach prasy zachodniej na temat spotkania Lecha Wałęsy z Alfredem Miodowiczem. Tymczasem reakcje prasy zachodniej jednoznacznie wskazują na wielkie zwycięstwo Lecha Wałęsy, ujmując często jego przewagę w kategoriach bokserskich, mówiąc o
nokaucie. Najważniejsze, że szerokiej opinii publicznej na Zachodzie zostały przekazane argumenty Wałęsy wskazujące, iż wprowadzenie pluralizmu w Polsce nie grozi Europie destabilizacją, a wręcz odwrotnie może być czynnikiem stabilizującym, bowiem człowiek mówiący w imieniu polskiego społeczeństwa, proponuje rozwiązania kompromisowe. Poza tym stało się jasne, że propozycje "Solidarności" nienoszą charakteru antyradzieckiego i nie mierzą w politykę Michaiłą Gorbaczowa. Ze słów Wałęsy płynęło przesłanie, że bierność i
stagnacja, charakterystyczne dla ekipy rządzącej jest sprzeczna z dynamiką polityki Gorbaczowa, że Polska traci swoją szansę. W rodzimej prasie oficjalnej elementy te nie zostały uwzględnione.
Co więc w tej niewyraźnej sytuacji dzieje się ze słynnym okrągłym stołem?
Nic się nie zmieniło. Od ostatnich dni września, kiedy władze cofnęły swoją decyzję (z początku września) o legalizacji "Solidarności", sprawa pozostaje w całkowitym zawieszeniu. Był taki moment, że władze wycofały się z warunków wstępnych (udział w rozmowach Kuronia i Michnika), aby doprowadzić do pozorowanego dialogu i ustawić się do kasy po pieniądze do zachodnich banków, jako nagrodę za rzekome spełnienie warunku dialogu z opozycją. Ostatnie spotkanie Lecha Wałęsy z ministrem Kiszczakiem nie przyniosło rezultatów – brak jest bowiem woli legalizacji "Solidarności". Myślę, że debata telewizyjna wskazuje, że nie jest to rozdział zamknięty. Miodowicz nie powiedział nic o okrągłym stole, ale zajął się tym
zagadnieniem Wałęsa, wskazując kto i co blokuje rozmowy. Oznacza to, że władzy nie uda się uzyskać zgody na jakiekolwiek pozorowane negocjacje, natomiast jeśli są zainteresowane w prawdziwym dialogu, to wiedzą po tej debacie, że jest to możliwe pod warunkiem legalizacji "Solidarności".
Mówimy o legalizacji, negocjacjach, porozumieniu. Czy związek jest wewnętrznie przygotowany do funkcjonowania w tych układach, zarówno pod względem strukturalnym jak i wewnętrznych stosunków międzyludzkich (konflikt działacze – doradcy)?
Tegoroczne strajki kwietniowe i sierpniowe bardzo ożywiły Związek, wytworzyły ruch bardzo dynamizujący całą organizację. Przed sierpniem było pięćdziesiąt, a teraz jest 400 komitetów organizacyjnych "Solidarności". Są to struktury jawne, dobrze współpracujące ze strukturami konspiracyjnymi. Łączenie ich prowadzi do odnawiania instancji Związku, powracają też procedury demokratyczne na szczeblu komisji zakładowych i regionów. Sądzę więc, że Związek nie zmarnuje szansy, jaką niosłaby ponowna legalizacja zwłaszcza, że jest ona potrzebna dla zachowania solidarnościowej filozofii działania i charakteru masowego. Natomiast, co do drugiej części pytania… .
Myślę, że ten problem doradców Związku jest anachroniczny. Istniał przed kilku laty, ale doświadczenia późniejsze zmieniły układ rzeczy. Ci doradcy, którzy pozostali w Związku, mimo represji – są jego działaczami. Jest grupa ludzi, która uchyla się od uczestnictwa w pracy związkowej i stojąc nieco z boku ocenia, czy działania Związku są w interesie kraju czy nie. Głównym problemem nie jest kwestia różnic zdań między ekspertami a innymi działaczami, ale sprawa wyboru strategii działania: tradycyjnie kompromisowej lub radykalnej, zdobywającej uznanie młodej generacji wobec zapamiętałości i uporu władz.
Legalna czy nielegalna "Solidarność" ulokowana jest w mozaice różnych, właśnie rejestrowanych stowarzyszeń i to przeważnie skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych. Znamienne jest akceptowanie przez władze komunistyczne owej totalitarnej inicjatywy prawicowej przy jednoczesnym tłumieniu przedsięwzięć demokratycznych i reformatorskich. Jaki jest Pana pogląd na tak rysujące się społeczne tło działania "Solidarności"?
Patrzeć na to zjawisko trzeba rozsądnie i trzeźwo. W tej chwili władze rzeczywiście promują ugrupowania skrajnie prawicowe. Powstało stowarzyszenie endeckie "Słowo i Czyn", wydano "Gazetę Warszawską". Jednak w warunkach pluralizmu i wolności stowarzyszania się sytuacja ulegnie wyrównaniu. Podstawowe natomiast jest pytanie o stan nastrojów społecznych. Polska jest krajem chorym nie tylko w dziedzinie politycznej i gospodarczej, ale również w sferze społecznej społeczno-psychologicznej. Polacy mają poczucie głębokiej frustracji, gdyż nie stanowią o swoim losie. To, co obserwujemy jest rezultatem funkcjhonowania i rozpadania się systemu autorytarnego. Możliwość uzdrowienia zaistniałej sytuacji pojawi się w chwili likwidacji monopolu politycznego i ukształtowania się instytucji
przedstawicielskich. Zagrożenie nacjonalistyczne minie, zostanie pozostawione na drodze budowania niepodległego społeczeństwa i państwa.
Brzmi to uspokajająco. Zwłaszcza, że te organizacje, mające w tej chwili wyłączność na legalne działanie cieszą się rosnącym poparciem hierarchii Kościelnej… .
To jest diagnoza niesłuszna i nietrafna. Kiedyś władza dążyła do uzyskania partnera w postaci partii chadeckiej i istniały grupy gotowe spełnić to zapotrzebowanie. Nie zostało to zamierzenie rządu zrealizowane, gdyż nie życzył sobie tego Kościół. Poza tym trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z pewnym naturalnym i normalnym procesem, mianowicie społęczeństwo, gwałcone w swoich prawach narodowych, rewindykuje te prawa. Nie należy się tego obawiać: w pierwszych dwóch wolnych wyborach można się pozbyć kłopotu, sprawianego przez demagogów. Wystarczy sobie przypomnieć, jak spod rządów dyktatury wyzwalały się Hiszpania i Portugalia. Nie przywiązywałbym większej wagi do zjawisk tyle marginalnych, co krzykliwych. Ważne, że wszystkie ugrupowania optują za legalizacją "Solidarności", istnieje bowiem przekonanie, że wobec systemu totalitarnego powinien występować ruch masowy. Paradoksalnie, elementem walki o pluralizm jest jedność społeczeństwa, a tę jedność aspiracji i dążeń wyraża "Solidarność".
Rozmawiał : Piotr Wójcicki (August Plate)
PWA z 9 grudnia 1988 roku (Rok V, nr. 168)
Possibly Related Posts:
Norwegowie pomagali nam w przełomowych dziejach. W czasie Powstania Listopadowego, jak również Styczniowego. Przygarniali do siebie i otaczali wielkim szacunkiem popowstaniowych
uchodźców. Podobnie zachowywali się podczas wojny wypowiedzianej Polakom przez komunistyczny reżim trzynastego grudnia 1981 roku.
Wiele mówi się i pisze o pomocy Polsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku ze strony przywódców i obywateli USA, Francji, Szwecji,
Niemiec, czy Włoch. Prawie nic, albo nic o pomocy z Norwegii. Tego niewielkiego, bo ledwie czteromilionowego, choć zamożnego, narodu żyjącego na rozległym terytorium położonym nad Morzem Norweskim. Z ludźmi o pięknym i szlachetnym sercu, którzy potrafili w ciągu tygodnia zebrać dwa miliony koron dla Polski. A było ich stać nie tylko na jednorazowy wysiłek, ale też na stałą i systematyczną pomoc, aż po czas uzyskania przez Polskę niepodległości. Otaczali opieką zresztą nie tylko ludzi walczących o niepodległość RP. Nieśli pomoc przede wszystkim osobom niezamożnym. W czasie pierwszej legalnej Solidarności przysyłali do Polski nawet krowy, które za pośrednictwem NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych trafiały do rolników za darmo. Po wprowadzeniu stanu wojennego komunistyczny rząd, mimo protestów Norwegów – sprzedawał je chłopom.
Solidaritet Norge – Polen
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku obywatele norwescy niewiele wiedzieli o Polsce. Podobnie jak my o Norwegii. Peerelowskim korespondentom nie było na rękę przekazywanie pozytywnych informacji o naszym północnym zamożnym sąsiedzie, którym – o, zgrozo – rządzili co pewien czas socjaliści. Rezydujący w Polsce norwescy korespondenci lewicowych mediów też nie przekazywali swoim czytelnikom prawdziwego obrazu Polski komunistycznej. Traktowali nasz kraj jako miejsce długiego urlopu. Jedynie elitarne pisma prawicowe, jak „Morgenbladet”, czy „Kontynent Skandynawia” obraz Polski przedstawiały niezwykle rzetelnie.
Ta sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać dopiero od 1980 roku, kiedy to do opinii publicznej w Norwegii docierały materiały niezależnych norweskich publicystów informujące o strajkach w Polsce. O powstaniu Solidarności i jej programie.
Nawiązanie bliskich kontaktów z niezależnymi związkami zawodowymi stało się podstawą przyjaźni na długie lata osiemdziesiąte. I powołania przez Norwegów, w kwietniu 1981 roku,
niezwykłej organizacji jaką była Solidaritet Norge-Polen. [Solidarność Norwegia-Polska]. Powstała ona mimo oporów lewicowej norweskiej centrali związkowej i protestów ambasady PRL w Oslo. W ruch pomocy w walce o niepodległość zaangażowało się tysiące Norwegów organizując manifestacje, zbiórki pieniędzy. Dostarczając tony darów i sprzętu poligraficznego, co w stanie wojennym często narażało wielu z nich na aresztowania i utratę samochodów.
Godzina pracy dla Polski
Po powrocie z sierpniowych strajków 1980 roku w Polsce grupa związkowców, intelektualistów, Norwegów i Polaków, podjęła pierwszą akcję pomocy powstającej Solidarności pod hasłem „Daj godzinę pracy dla Polski”. W ten sposób zebrano dwieście tysięcy koron. Dzięki tym funduszom, o czym dziś mało kto wie, mnóstwo komisji zakładowych NSZZ Solidarność otrzymało sprzęt poligraficzny. Słano również do Polski lekarstwa, artykuły chemiczne.
Zaraz po wprowadzeniu przez komunistów stanu wojennego, 13 grudnia, pod peerelowską ambasadą w Oslo zgromadziły się tłumy. W kilka dni później na ulicach wielu norweskich miast miały miejsce demonstracje potępiające komunistyczny reżim w Polsce. Pod ich wpływem również lewicowy rząd norweski potępił wprowadzenie stanu wojennego. „Reakcje rządu norweskiego na sytuację w Polsce zaostrzały się jednak i to czasami w sposób niespodziewany: na początku stycznia okazało się mianowicie, że Norwegia była jedynym krajem NATO, który wystąpił z oficjalnym memorandum wobec wszystkich KS [krajów socjalistycznych] z protestem i krytyką wydarzeń w Polsce i wpływu ZSRR na te wydarzenia”.*
Wsparcie dążeń niepodległościowych Polski przez Norwegów zwielokrotniło się w kolejnych dniach stanu wojennego. O pomoc zaapelował wówczas nawet sam król Olaf V. Do Polski napływały pieniądze przekazane z Norwegii: „Caritas od początku stycznia [1982] zebrał milion. Kirkens Nodhjelp, organizacja dostarczająca dary dla protestanckich kościołów
w Polsce piętnaście milionów[…]Norsk Folkehjelp trzy i siedem milionów, a rząd norweski dał im dodatkowo cztery miliony[…]”. O ciekawej inicjatywie opowiedziała Barbara Tubylewicz-Olsnes**), „Jenny Andersen pracując przez całą zimę, zrobiła na drutach worek ciepłych skarpet dla dzieci i zwróciła się
do Caritas Norge z prośbą o pomoc w dostarczeniu ich dla rodzin wielodzietnych w Polsce”. „Norwegowie chętnie zgadzali się uczestniczyć w naszych akcjach, nie tylko charytatywnych, ale kulturalnych i politycznych, dawać nazwiska, pieniądze. Ławo było dotrzeć do znanych osób, każdy kogo się prosiło o pomoc, reagował życzliwie”.
Po latach wszyscy bohaterowie wydarzeń z lat osiemdziesiątych zgodnie zapewniają, że warto było się trudzić. Jon Simen Overli wyjaśnił to krótko : „Solidarność przyszła nagle[…]z wizją społeczeństwa, która nam się spodobała. I myśmy uznali, że to pasuje do naszych ideałów. Zawsze było tak w Norwegii, że poparcia udzielała albo prawa, albo lewa strona, a Solidarność to przełamała , bo dostała poparcie i lewej i prawej […]”.„Przewodnik Katolicki, 2005]
______________________
*cytaty pochodzą z książki: Jan Strękowski, Bohaterowie Europy, Norwegia – Polsce 1976 – 1989,
Wydawnictwo Test, Lublin 2005, ss. 340,
**Barbara Tubylewicz Olsnes
Barbara Tubylewicz Olsnes, b. Poland, graduated and Ph.D. in psychology at
Warszawa University. Visiting scientist, 8 months, at A.R. Luria`s laboratory of
Neuropsychology at Neurosurgery Hospital in Moscow. Worked at The Polish
Academy of Sciences, Neurosurgery Department, in Warsaw and since 1974 at
Ullevaal University Hospital in Oslo, Norway.Teaches neuropsychology at Oslo
University.
Ze strony Instytutu Pamięci Narodowej:
Prawdziwym fenomenem stanu
wojennego był ruch na rzecz pomocy Polakom, jaki spontanicznie rodził się w
wielu krajach. Wyjątkowe rozmiary przybrał w czteromilionowej Norwegii.
Organizacja Solidaritet Norge-Polen (Solidarność Norwesko-Polska), która
powstała zaraz po strajkach sierpniowych w 1980 r., zrzeszała około 100
tysięcy osób. Praca w niej była misją, pasją, ale też przygodą dla wielu
ludzi. Taką przygodę – głośną i w Polsce, i w
Norwegii – przeżyło małżeństwo
Björg Svanström i Trygve Heide. Mam przed sobą "Notatkę do rozmowy w cztery
oczy z ministrem Thorvaldem Stoltenbergiem", powstałą w Departamencie IV MSZ
w Warszawie tuż przed wizytą ministra w Polsce w dniach 25 – 27 kwietnia
1988 r. Napisano w niej, że "S. (Stoltenberg) może poruszyć dwie sprawy
interwencyjne". Jedna z nich miała dotyczyć należącego do obywatela Norwegii
o nazwisku Trygve Heide "minibusu volkswagen (…) skonfiskowanego decyzją
Kolegium ds. Wykroczeń przy Wojewodzie Gdańskim (za przemyt literatury bez
debitu)". „Minibus solidarności” Rzeczpospolita 19.12.2005 r.
Possibly Related Posts:
Zelektryzowała nas ostatnio wieść o odnalezieniu protokołu z 1527 roku z przesłuchania Mikołaja Kopernika (wybitnego astronoma, matematyka, lekarza, prawnika, ekonomistę, stratega, poetę, astrologa, tłumacza, kanclerza kapituły warmińskiej, a od 1511 roku kanonika warmińskiego, scholastyka wrocławskiego, duchownego katolickiego. [UWAGA: linki te podał do protokołu sam podejrzany, tak więc nie radzimy z nich korzystać, bo mogą nas zaprowadzić do nikąd]) przez wysłanników Kurii Biskupiej i Dworu Królewskiego na okoliczność jego powiązań z ksiązęcymi pruskimi słuzbami specjalnymi w okresie kilkunastu lat przed shołdowaniem Prus Ksiązęcych w 1525 roku. Dwór uzyskał pełną kontrolę nad archiwami nowego lenna i dzięki temu mozliwa stałą się lustracja, sprawdzająca działania wielu podejrzanych, a wśród nich astronoma Mistrza Mikołaja.
Przesłuchanie miało miejsce na zamku w Olsztynie, gdzie Mistrz majstrował coś przy działobitniach fortecznych. Przybycie przedstawicieli Dworu i Kurii zaskoczyło go nieco, a przede wszystkim zirytowało, gdyz nie lubił kiedy ktokolwiek przerywał mu pracę. Zgodził się jednak na wielogodzinne spotkanie z przybyłymi, za co dygnitarze ci szczerze wyrazili mu swoją wdzięczność.
Z helwecką precyzją ustalono tozsamość podejrzanego, dbając aby nie zaszła w tej sprawie jakaś nieprzyjemna pomyłka. W końcu godność i honor w zyciu uczonego to cnoty kardynalne.
Mikołaj Kopernik, urodzony w Toruniu 19 lutego 1473 roku, syn Mikołaja i Barbary z domu Watzenrode, a więc syn kupca, handlującego z Gdańskiem metalami kolorowymi. Mikołaj senior znany był juz wcześniej jako zręczny negocjator w kwestiach finansowych między stanami pruskimi a kardynałem Zbigniewem Oleśnickim (w sierpniu 1454 r.) podczas Wojny Trzynastoletniej. Syn miał troje rodzeństwa – Andrzeja, Barbarę i Katarzynę.
Jakze często Kopernik był wysyłany w latach 1516-1521 w celu zawierania porozumień ze stroną Krzyzacką i wszystkie tego rodzaju sprawy załatwiał nader szybko i pomyślnie. Jak podają źródła encyklopedyczne dnia 21 lipca 1521 roku w Grudziądzu na zjeździe Stanów Prus Królewskich "Kopernik wystąpił z napisaną przez siebie mową Querela Capituli contra mgrum Albertum et eius ordinem super iniuriis irrogatis 1521 sub induciis belli (Skarga kapituły na mistrza Albrechta i jego zakon z powodu krzywd wyrządzonych w roku 1521 podczas zawieszenia broni)". Niejasna i tajemnicza to była mowa, broniąca krzywd Prusów, tylko nie wiadomo których – Królewskich czy Zakonnych. W mowie uzywał w sposób nieuzasadniony, a w kazdym razie podejrzany etymologicznie określeń "Prus" i "Prusak", czego wprzódy nie zauwazono, a dostrzezono dopiero w epoce po chwalebnym Hołdzie Pruskim.
Mikołaj Kopernik rozpoczął spotkanie śledczo-konsultacyjne z przybyszami od zręcznego oświadczenia, zawierającego atak uprzedzający pytania o apanaze związane z płatną agenturą:
"Chociaż niezliczone są klęski, wskutek których zazwyczaj podupadają królestwa, księstwa i rzeczpospolite, to jednak najgroźniejsze są – moim zdaniem – cztery: niezgoda, śmiertelność, nieurodzajność ziemi oraz spadek wartości monety. Trzy pierwsze są tak oczywiste, że nie ma nikogo, kto by o tym nie wiedział, jednakże czwarta, która dotyczy monety, dostrzegana jest przez niewielu i to jedynie przez najgłębiej myślących, ponieważ nie powoduje natychmiastowego i gwałtownego upadku państw, ale doprowadza je do tego stanu stopniowo i jakby niewidocznie."
No, ostro pojechał, mozna by rzec kolokwialnie. Pytanie, dlaczego poszedł na tajną słuzbę zezłościło go niebywale i zarzucił indagującym całkowitą ignorancję w dziedzinie ówczesnej historii najnowszej, a zwłaszcza kompletną nieznajomośc realiów okresu przełomu Średniowiecza i Renesansu.
"Być może, że znajdą się tacy – wybuchnął, - co lubiąc bredzić i mimo zupełnej nieznajomości nauk (…) roszcząc sobie przecież prawo do wypowiadania o nich sądu, na podstawie jakiegoś miejsca w Piśmie Świętym, tłumaczonego źle i wykrętnie odpowiednio do ich zamierzeń, ośmielą się potępiać i prześladować tą moją teorię. O tych jednak zupełnie nie dbam, do tego stopnia, że sąd ich mam nawet w pogardzie jako lekkomyślny.(…)
Niezupełnie się to spodobało dostojnym przedstawicielom Dworu i Kurii. Zapytali tylko, czy nie wstydzi się swoich czynów. Odpowiedział, ze nie, w zadnym wypadku, bowiem postąpił, jak postąpił, w końcu Mistrz Zakonu, to nie jakiś obwieś, ale osoba świątobliwa, a w kazdym razie godna zaufania osoby duchownej, którą przeciez podejrzany bezprzecznie jest.
Na koniec dostojni przybysze i gorący zwolennicy porządków zaistniałych po Hołdzie Lennym Prus Ksiązęcych zapytali podejrzanego, czy ma coś do dodania przed czekającą ich drogą powrotną.
M. Kopernik zakończył rzecz całą lakoniczną kwestią:
"Gorsza lepszą monetę z obiegu wypędziła". I westchnął głęboko, jakby z ulgą.
Possibly Related Posts:
Zostać agentem byle jakim to żadna sztuka. Jakiś drobny funkcjonariusz podtyka człowiekowi papierek, człowiek podpisuje i już. Żadnej w tym wielkości i wyjątkowości chwili, żadnego
poczucia bycia docenionym przez kogoś naprawdę ważnego, a wręcz potężnego. Miałkość i pył marny, a nie żadne święto i sukces osobisty.
Co innego jeśli się podpisywało taki oto tekst:
Niżej na podpisie wyrażony, przyrzekam na honor i sumienie moje, jako
na przyszłym sejmie, tudzież i na inszych sejmach, sejmikach, niemniej
na każdym miejscu, dokąd życia mojego sprawować się będę w interesach
ojczyzny mojej, we wszystkim bez excepcji tak, jako dwór rosyjski directe
czy li przez ministrów swoich odemnie pretendować będzie, zażywając
wszelkiego starania mego, przyjaciół i sił moich, ażeby zupełnie tenże
dwór swego dostąpił żądania; nie ekscypuję nawet interesu dysydentów,
który wszelkimi siłami swemi utrzymywać będę, według zupełnej intencji
najjaśniejszej imperatorowej całej Rosji. Przyobiecuję tudzież, że się
nie będę do żadnej innej wiązał partii, tak narodowej jak zagranicznej
zostawając na zawsze gorliwym i wiernie przywiązanym do interesów dworu
rosyjskiego, według jego woli: który to dwór, skryptem niniejszym
upewniam, i takiego rewers ten chcę mieć waloru, jakoby świątobliwą
stwierdzony był przysięgą, submitując się w niedotrzymaniu onego w
jakiejkolwiek rzeczy, wszelakiej niełasce i karze, którą by mi ten dwór
rosyjski nakazać raczył, a dla lepszej wiary, skrypt ten ręką moją
własną podpisuję i przyciśnieniem pieczęci stwierdzam. Działo się die… Septembris 1767.
A to, to co innego w końcu po drugiej stronie dokumentu znajduje się Jej Cesarska Mość cesarzowa Wszech Rosji, a nie jakiś zafajdany ubek. A poza tym ileż w tym dostojnym tekście pięknych słów i sformułowań. Aż ręka się rwie do złożenia podpisu. Proszę bardzo, proszę się nie krępować.
Possibly Related Posts:
We wpisie "Rosja uzasadnia" pokazaliśmy naszych bliskich sąsiadów, znających zasady eleganckiej dyplomacji i wyrażania paskudnych treści w formie bajkowej. Jednak maniery carskich Rosjan były wystarczająco salonowe, aby nie pluć prosto w twarz. Zupełnie inaczej wyglądało to w Rosji bolszewickiej, wprawdzie także tłumaczono i uzasadniano wszelkie
zbójeckie poczynania, ale jakżesz inaczej. Oto próbka z 17 września 1939 roku – ulotka Armii Czerwonej, dogłębnie wyjaśniająca upośledzonym ideowo Polakom, o co tak naprawdę chodzi w tym historycznym momencie (pisownia oryginalna):
Rzołnierze Armii Polskiej!
Pańsko-burżuazjny Rząd Polski, wciągnowszy Was w awanturystyczną
wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić
krajem i zorganizować obronu. Ministrzy i gienerałowie, schwycili
nagrabione imi złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiają armię i cały
lud Polski na wolę losu.
Armia Polska pocierpieła surową porażkę, od którego ona nie oprawić
wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciam, braciam i siostram ugraża
głodna śmierć i zniszczenie.
W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce
braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii
Czerwonej. Wasze przeciewenie bez kożyści i przerzeczono na całą zgubę.
My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po klasu, jako
wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów.
Wielka i niezwolczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach procującym, braterstwo i szczęśliwe życie.
Rzołnierze Armii Polskiej! Nie proliwacie doremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów.
Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące kołe Polskie
sieją narodową rużność między polakami, białorusinami i ukraińcami.
Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskające drugie narody.
Pracujące białorusiny i ukraińcy – Wasi procujące, a nie wrogi. Razem z
nimi budujcie szczęśliwe dorobkowe życie.
Rzucajcie broń! Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie.
Naczelny Dowódca Białoruskiego frontu
Komandarm Drugiej Rangi Michał KOWALOW
Przed chwilą oglądałem mowę oskarżycielską w procesie przeciwko twórcom stanu wojennego. Na ławie oskarżonych siedzieli m.in.: generałowie Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski (Czesław Kiszczak nie przybył, bo chory) i Stanisław Kania. Wyobrażam sobie, że oni byliby (byli) wzruszeni słowami podpisanymi przez Komandarma Drugiej Rangi. Jak widać uzasadnienia bezeceństw nieraz trafiają do odpowiednich ludzi.Pewnie właśnie dlatego są pisane.
Possibly Related Posts: