Piotr Wójcicki – Długa rozmowa » Proza wszelka

Posts for category ‘Proza wszelka’

Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
Piotr Wójcicki | December 30, 2009 | 7:35 pm

Fernando Arrabal

Fernando Arrabal

Kiedyś był znany i modny. Łakomie przerzucałem strony miesięczników i kwartalników literackich, aby znaleźć jakikolwiek tekst o nim i jego dokonaniach.

Fernando Arrabal – nieco obsesyjny. No, powiedzmy, bardzo obsesyjny. Powiem jeszcze, że moim zdaniem artysta bez obsesji jest jak pianista bez rąk. Albo jeszcze gorzej… .
Oto dwa fragmenty z “Jądra szaleństwa – Księga Lęku”:

Z tyłu za mną jest zakonnica i duża patelnia na ogniu.
Przypuszczam, że robi omlet, bo widzę przy niej dwa ogromne jaja.
Podchodzę bliżej, ona przygląda mi się uporczywie,  a ja dostrzegam
pod jej habitem dwa udka żabie zamiast nóg.
Na patelni leży mężczyzna z obojętną miną. Od czasu do czasu
wysuwa jedną nogę - może mu gorąco - ale zakonnica tego mu zabrania.
Teraz mężczyzna już się nie rusza i coś w rodzaju bulionu, bo
pachnie rosołem, pokrywa go całkowicie. Zupa staje się bardzo gęsta,
już go nie widzę. Zakonnica każe mi iść do kąta. Idę za nią.
Zaczyna mówić i prawi sprośności. Zbliżam się do niej, aby lepiej
zrozumieć. Ktoś śmieje się z tyłu za nami. Patrzę na ręce zakonnicy
i widzę dwie żabie łapy.
Jestem nagi: lękam się, żeby mnie ktoś nie zobaczył w takim stanie.
Ona każe mi zająć miejsce na dużej patelni, aby nikt mnie nie
przyłapał.
Siadam tam.
Bulion staje się coraz gorętszy: staram się wysunąć stopę z patelni,
ale zakonnica mi zabrania. Nagle rosół zakrywa mnie całkowicie i czuję,
jak żar zwiększa się bezustannie.
Teraz wrę.

I kolejny fragment:

Wręczyła mi bukiet kwiatów, ubrała w czerwoną bluzę i wsadziła
sobie na ramiona. Mówiła: "To karzeł, który ma zwariowany kompleks
niższości", a ludzie wybuchali śmiechem.
Szła bardzo szybko, a ja z całej siły trzymałem się jej czoła, żeby
nie spaść. Wokoło nas było wiele dzieci i , choć wspiąłem się na nią,
sięgałem im zaledwie do kolan.
Kiedy poczułem się zmęczony, dała mi pić z czarki napełnionej
czerwonym płynem, który miał smak coca-coli.
Gdy skończyłem pić, zaczęła biec. A ludzie śmiali się, można by rzec,
że gdakali. Poprosiła ich, żeby przestali się śmiać, gdyż jestem
bardzo wrażliwy, a ludzie zanosili się śmiechem.
Biegła coraz szybciej, widziałem jej obnażone piersi i koszulę
rozwiewającą się od wiatru. Ludzie śmiali się w najlepsze.
Wreszcie postawiła mnie na ziemi i zniknęła. Stadko ogromnych
karmazynek przybiegło do mnie gdacząc.
Nie byłem większy od ich dziobów, kiedy przybliżyły się, żeby mnie
dziobać.

Chyba jednak powiem, że stosunek Arrabala do kobiet jest nader “gęsty”. Lęk przed Gęstym, wielokrotnie większym ode mnie jest mi znajomy, a może wręcz bliski. jakże chciałbym obejrzeć sztuki Arrabala. Sam je reżyserował – w tym podobny do Kajzara, ale chyba nie tylko w tym. Kajzar też jest moim jeszcze niespełnionym snem o literaturze i teatrze. Może do niego wrócę – nie wiem.

Helmut Kajzar

Dyskusyjną kwestią jest jak Helmut Kajzar zrealizował literacko i reżysersko swój postulat teatru meta-codziennego. Natomiast sama koncepcja wydaje mi się jak najbardziej słuszna i nader twórcza oraz szczególnie mnie satysfakcjonująca jako odbiorcę. Chociaż tak naprawdę jestem w ogóle za meta-rzeczywistością niekoniecznie “codzienną”.

Przeżywamy tzw dni powszednie, bo i cóż mamy robić innego, taka jest procedura boska i nic nam do niej. Możemy tę rzeczywistość opisywać i jeśli akurat jesteśmy dupnymi artystami, to czynimy to, bowiem tak nam się podoba czynić.
Ale nie jesteśmy jako pieprzeni artyści jedynymi fatygantami opisu. Dziennikarz może nas urzec fenomenalnym i prostym opisem serwując nam relację z jakiegoś wydarzenia sportowego. Cieszymy się jak dzieci – och, jak on wspaniale pisze, jaki barwny jest jego tekst i jak on nas ekscytuje jako czytelników. I dobrze, mamy do tego rzymskie prawo, pies nam mordę lizał.

Jeśli jednak artysta bierze się za opis rzeczywistości, zaczynają się przysłowiowe schody. Kiedy nam relacjonuje żywym tekstem jakieś wydarzenie (w trybie narracyjnym lub jako wypowiedź postaci scenicznej), to mamy równie dobre prawo spytać się, dlaczego nie zajmie się relacjami sportowymi w najlepszej gazecie, a nie zawraca głowy mnie, oczekującemu, niecierpliwemu odbiorcy sztuki, pragnącemu zaskakującego szczytowania jak najwrażliwszy prawiczek inicjacji. Artysta ma mnie posiąść swoim dziełem – jeśli tego nie robi, ani nawet o to się nie stara, to niech odda swe pióro innemu panu, a nie Muzie.

Kajzar zdobywał świat i ludzi opisem opisu powszedniości.. Zniewalał ujęciem codzienności NIE jako konkretnego realnego wydarzenia z życia Kowalskiego czy Kowalskiej, ale jako owego wydarzenia mitem w stadium jego formowania.

Dobrym przykładem jest znacząca i laboratoryjnie precyzyjna kwestia o owadzie (mucha, osa, pszczoła), przypadkowo uwięzionym w szklance (“Archipelag Galapagos”).
Jakże często przeżywaliśmy takie zupełnie banalne chwile, kiedy siedząc przy stole w letni dzień i prowadząc mniej lub bardziej istotną rozmowę usłyszeliśmy natrętne bzykanie muchy, rozbijającej się o szklane ścianki naczynia. Towarzyszy takim momentom specyficzny stan ducha. Jaki? A to już jest istotne dla przezywającej to jednostki. Jaki? Ano różny i tak ma być.

Kajzar tworzy z takiego wydarzenia surogat rzeczywistości w brylantowej szczypcie, kształtuje je w powstający na naszych oczach mit, a właściwie w ARCHETYP wszystkich na świecie wydarzeń tego rodzaju po wsze czasy. Jeśli kiedyś ewolucja spowoduje, że pojawią się latające koty, to ten meta-opis będzie wciąż całkowicie aktualny np. w sytuacji, gdy skrzydlaty kocur wpadnie do dzbanka po kawie (czyli zwykła banalna, codzienna i powszednia okoliczność – przecież to jasne).

I takiej metody kreacji oczekuję od artysty – pisarza, malarza, fotografa, poety i wyjątkowego aktora. Nie jestem mało wymagający – to fakt. Ale za to jakie mam przeżycia, kiedy natrafiam na taką sztukę. Tego mi nikt nie zabierze.

… czy Kajzar i Arrabal, to znowu taki wielki cymes??? Zresztą nawet jeśli nie pytasz (a nie pytasz, bo nie musisz), to i tak odpowiem (bo muszę).

Oczywiście, że nie. Arrabal jest nieco anachroniczny ze swoją awangardową dezynwolturą rodem z lat 50-60-tych. Chociaż obsesje ma bardzo trafne, tzn trafia w moje bebechy, a to już coś.
Pisanie Kajzara trudno nazwać porywającym, ale mieści się w nurcie europejskich nudziarzy artystycznych. Mówię o nim, jako o pisarzu. Teoretycznie nadzwyczaj słuszny, ale warto jeszcze mieć pisarski talent (choć on jednak talent miał, to dlaczego ja narzekam?). To jasne.

Jose Donoso

Jose Donoso

Nie chce się wierzyć, że w tym samym czasie na drugim końcu świata powstawało “Sto lat samotności”, “Jesień patriarchy”, “Alef”, “Kraina najczystszego powietrza”, ponad-epokowa “Terra Nostra”, której trzy tomy ujmowały historię naszej cywilizacji w potężne archetypy,  “Plugawy ptak nocy” ze swoją uwodzicielską narracją.
Macondo zawładnęło naszymi duszami i zmysłami, a “Raj” Jose Lezama Limy (i pewnie jego “Wazy orfickie”) stał się tropikalną biblią sztuki w ogóle. Triumf mitu, archetypu i współ-stwórczej kreacji świata.
W porównaniu z kunsztem Latynosów starania Arrabala czy Kajzara wydają się nader wątłym i niezbyt smacznym ersatzem ambrozji, taką ambrozją instant.
To właśnie cudowni Latynosi zrealizowali odwieczne marzenia wszystkich kontynentalnych awangard o idealnej równowadze formy i treści. Odkryli oni bardzo prosty sposób na przekazywanie siebie innym – przypomnieli nam, że na początku była przypowieść, a z niej wysnuła się Biblia i Koran i że jeśli w przypowieści najważniejsze zdanie brzmi “Na początku był… i dalej, dalej”, to początek jest najistotniejszy w ogóle – w sztuce literackiej też.
I wielcy autorzy podjęli trud opisu wszystkiego in statu nascendi. Kreowali w swej prozie świat pełen jeszcze nienazwanych elementów, ledwo widocznych, ale ruchliwych efemeryd, pragnących przybrać jakiś, często byle jaki kształt, który pozwoli im – po prostu – być.
Jeśli kwestia ostatniej kochanki dyktatora brzmi “od czasu kiedy mnie zgwałcił, gdy miałam 12 lat”, to doskonale wiadomo, że jej narracja ma właśnie taki moment inicjacyjny i jest to czas, w którym powstaje człowiek i towarzyszący mu mit.

Posłuchajmy, oglądajmy, ściągajmy i cieszmy się:

Powered by Cincopa WordPress plugin

Powered by Cincopa WordPress plugin

Powered by Cincopa WordPress plugin

Powered by Cincopa WordPress plugin


Possibly Related Posts:


Print
Odjęło nam ją
Piotr Wójcicki | October 16, 2009 | 12:18 am

Marta Klubowicz - z serii "Okna"

Marta Klubowicz - z serii "Okna"

No i stała przed nami w samych majteczkach, mówiąc: „W głowie mi się kręci. Ale właściwie to gdzie ma mi się kręcić”. Zarechotała chrapliwie, gdyż ją to rozśmieszyło, a głos jej mocno złachało życie.

Ciało jej stanowiło formułę idealną. Pięćdziesiąt pięć lat, a gładkość trzydziestolatki. Nie widziałem tak młodzieńczo rzeźbionego brzucha u żadnej młodej kobiety. Mam szczęście do takich cudów bio-natury – jakkolwiek to zabrzmi – dzięki sobie samemu.

Tylko twarz wskazywała na wiek, ale jej pięknie skrojone, świeże usta i ogromne zielone oczy zacienione długimi, siwymi rzęsami stanowiły przekaz erotycznie wstrząsający. Była pod koniec lat pięćdziesiątych jedną z najpiękniejszych studentek ASP w Krakowie. Ale mnie jej uroda fascynowała właśnie teraz.

Nieco zmęczona wielodniowym piciem była w stanie anielskim.
My też. Wódki było pod dostatkiem. Któryś z poputczików naszych bezdennych, nie dzielonych na doby biesiad przyniósł całą skrzynkę gorzały typu „Baltic Vodka”. Siedzieliśmy więc rzędem na kanapie – Boguś z magicznej Burakowskiej, Jarek i ja. Przepełnieni byliśmy słodką watą zadowolenia – wiedzieliśmy bowiem, iż idąc „za potrzebą” statecznym choć niepewnym krokiem potkniemy się o zgrabny kontenerek, a flaszki dadzą nam znać o swoim treściwym istnieniu brzękiem i subtelnym chlupaniem.

Na lewo od nas na środku podłogi obszernej pracowni niezbyt głośno wyła ogolona na łyso Julia. Była cudownie marmurowo naga, widocznie w ten sposób wygodniej jej było cierpieć. Siedziała z podkulonymi nogami i wadziła się z Panem Bogiem na temat swojej egzystencji.. Wyła w intencji ułaskawienia, wyzwalającego z wrogiego wewnętrznego świata.

Nie zwracaliśmy uwagi na ten ludzko-boski zgrzyt. Sami przecież byliśmy bogami naszego azylu, przynajmniej w tym momencie poczucie potęgi nas rozpierało, a anielstwo stojącej przed nami Ewy stanowiło gwarancję bezpieczeństwa przed jakimkolwiek postronnym potępieniem.

Stała więc przed nami i nie bardzo wiedziała co mówić, ani jak sytuację rozwinąć była bowiem koszmarną szantrapą, którą stan rozanielenia musiał doprowadzać do fundamentalnej konfuzji. Niestety nie przyszedł akurat nasz podręczny ratownik seksualny – Martin, chłopina durna, ale nieoceniony środek na chwilowe zakłopotanie natury erotycznej. Po prostu natychmiast poszedłby z Ewą do łóżka, w ten sposób doceniając klasę estetyczną i byłoby po kłopocie.

A dlaczego nikt z nas, obecnych nie podszedł do niej i nie dotknął delikatnie czy niedelikatnie, ale znacząco jej gładkiego ciała? Przecież nam-mnie podobał się jej anatomiczny portret.

Odpowiedź jest rozbrajająco prosta – czuliśmy się zbyt szczęśliwi, nirwana azylu sprawiała, że wszelki wysiłek psycho-biologiczny był nam-mnie do niczego niepotrzebny. Po co on herosom mikroświata niepodległego, azylu poza wszelkim zewnętrznym uzależnieniem od rzeczywistości, zwanej dodatkowo i trochę bez sensu realną, po co nam klientom nocnych delikatesów jeszcze jakaś dodatkowa satysfakcja, wymagająca sporego nakładu ruchu spoconego ciała?
Mówiąc w sporym i jednak nieco enigmatycznym przybliżeniu, raczej bliższy nam był syf niż prokreacja.

U Ewy bywałem przez kilkanaście brzemiennych w doświadczenie lat.
W jej pracowni tysiące niezapamiętanych rozmów i moich niepowtarzalnych – rzecz jasna – bon-motów wisiało w powietrzu, a raczej było samym powietrzem czy jakąś tam inną materią do oddychania. W uszach miałem nieustanne mruczando boskich stworów, mniej lub bardziej ubranych, ale zawsze pijanych

Okno płaczące

Okno płaczące

wampirzyc i wampirów, chłepczących przejrzystą krew z kieliszków, przejrzystą – a więc krew duszy, to ona była naszym czarownym pokarmem i nie ma w tym sformułowaniu żadnej manierycznej szarży. Wiem, co mówię, tak było.

Z tego mruczanda wyłaniają mi się jej słowa wyraźniejsze niż ogólny szmer naszych rozmów. Czasami padało „mój mąż” i miało taki jakby charakter ochronny.

Miała w ciągu życia ze trzech mężczyzn na stałe i jednego ślubnego męża, architekta, bardzo przyzwoitego gościa, który wraz ze swoją żoną i dorosłymi już dziećmi z nowego małżeństwa wspierał ją w okresach szczególnych kryzysów osobistych czyli często, a właściwie permanentnie.

Czasami padało „moja córka” i miało charakter porażającej tęsknoty.
Nie miała dzieci i to był jej wielki wewnętrzny ból. Kiedy mówiła o jakiejś młodej niezidentyfikowanej dziewczynie „córka” jej chropowaty głos tężał, a zielone oczy nabierały intensywnej siły. Patrzyła wtedy jakoś tak bardzo wprost, w perspektywę dla niej wyjątkowo otchłanną. W takich momentach prawie ją kochałem, towarzyszyłem jej (jędzy, wiedźmie, szantrapie, awanturnicy i czarownicy) całym swoim raczej dziurawym worem uczuć.
Miałem już 36 albo 37 lat, samotny i bezdzietny. W naszych jałowych kroczach nie było pulsu życia. Nie czuliśmy tego wspaniałego poszumu tętna, które łączy nas z pięknem, gdy przytulimy się czule, zetkniemy delikatnie konchami, w których słychać nas samych w nieregularnie odmierzanym rytmie.

Kiedyś przyszedłem do pracowni bez wódki. Nie było gości. W pustym mieszkaniu, w obszernym pomieszczeniu pracowni pod ścianą z regałem pełnym książek, na krzesełku siedziała uczesana w mały koczek Ewa i dziargała coś na drutach. Jakiś sweter. Siadłem, paliliśmy mocne papierosy i piliśmy herbatę. Rozmawialiśmy spokojnie i poważnie, jak nigdy. Była wyciszona, skupiona, jej głos nie iskrzył zwyczajną mu jędzowatością.

Mówiliśmy o nas, o naszych sprawach, o znajomych, wspominaliśmy naszych zmarłych współbiesiadników. Niezły apel poległych można by zmajstrować. Prawie wszyscy zrezygnowali z życia na własne życzenie, traktując się sznurem bądź pastylkami.

Kilka tygodni później odjęto jej pierś.
Kiedy odzyskała siłę wszystko w azylu powróciło do swej jedynie akceptowalnej normy. Jak już wspomniałem grono azylantów przerzedziło się – Misio nałykał się prochów i już nie umilał nam życia serdecznym szczerbatym uśmiechem, Włodek C. powiesił się na lampie. Piękną Julię kilkakrotnie odratowywano, aby mogła wadzić się z Bogiem, wyjąc nago na podłodze wśród zbieraniny najwspanialszych obrzympałów, dzikich lokatorów zrujnowanej kamienicy na magicznej Burakowskiej, w pobliżu warszawskich Powązek.

A później Ewie odjęto drugą pierś.
Nie stawała już przed nami w kusej, apetycznej bieliźnie i w anielskim nastroju.
Ale korzystaliśmy nadal z azylu, aby dotrwać do jego końca. Do rychłej śmierci Ewy.

Chodzę czasami – naprawdę tak robię, to nie zabieg narracyjny – na dawną ulicę Nowotki, staję pod tym domem, wznoszę głowę. Na ostatnim piętrze widzę trzy okna miejsca miejsc.
Zostawiłem tam piętnaście swoich niepowtarzalnych lat. W miejscu, które zniknęło.
Jestem śladem po Ewie, jestem jej mężem, jej córką i jej wszystkimi wnukami.


Fot. Marta Klubowicz – z serii “Okna”.

IMG_0943

Possibly Related Posts:


Print
Agata Czamor – W cieniu hotelu Marriott
Piotr Wójcicki | May 8, 2009 | 7:58 pm

“W cieniu hotelu Marriot” – wielkomiejski romans wagonowy, który napisałem w ciągu 12 dni jako ćwiczenie z kiczu, ukazał się w

Projekt okładki - Jacek Urbański

Projekt okładki - Jacek Urbański

1991 roku. Sprzedano ok. 17 tysięcy egzemplarzy, co dla mnie było zdumiewające. Jako 10-procentowy udziałowiec w zysku mogłem za to przeżyć 10 miesięcy. To ważne, bo akurat nie miałem stałej pracy. Po 18 latach wracam do tego powieścidła, aby już w innej epoce udostępnić je w przestrzeni wirtualnej.

Powieść będzie “szła” w odcinkach – najlepiej więc dokonać subskrypcji strony-bloga, aby mieć do niej stały dostęp.

_________________________________________________________

Agata była oszołomiona zgiełkiem wielkie­go miasta.
Do Warszawy przyjechała niedawne z rodzinnego Grybowa, małego podbeskidzkiego miasteczka, w którym całe życie towarzyskie skupia się wokół pijalni piwa „Rozkosz”. Serwują w niej duże jasne z pianką, pędzone w miejscowym browa­rze. Miejscem o wiele bardziej smętnym niż rozedrgana
życiem knajpa jest druga i ostatnia zarazem w tym mieście duża instytucja – mianowicie ponure architekto­nicznie liceum ogólnokształcące. Tę właś­nie szkołę ukończyła Agata Pastusiak niespełna dwa miesiące temu, przynosząc do domu tak zwane świadectwo dojrzałoś­ci.
Rodzice byli dumni z córki, dziewczyna była też z siebie zadowolona, ale cieniem na ową radość kładła się troska o przyszłość. Zakochani w latorośli, ojciec i matka nie wiedzieli co począć, aby zapewnić dziecku normalne,  dorosłe życie.  Jan   Pastusiak, pracujący jako  zawiadowca stacji   PKP, radził się życzliwego mu naczelnika, matka – Anna, będąca bufetową w podgrybowskim domu wczasowym wiodła rozmowy o    losie córki zarówno z koleżankami jak i z wczasowiczami, przybyłymi z szerokiego świata, aby podreperować swe nadwyrężone zdrowie.
l nagle w domu Pastusiaków zapano­wała nadzieja. Przypomniano sobie bo­wiem o ciotce Emilii, siostrze ciotecznej pani Anny. Tak, najtrudniej wpaść na najprostsze rozwiązania.
- Ale, ale – zasumował się pan Jan. – Emilka jest parę lat po rozwodzie i mieszka teraz sama, a poza tym niebrzydka z niej kobieta.
Państwo Pastusiakowie siedzieli w ku­chni, prowadząc wieczorną pogawędkę. Córka już spała.
- No i co z tego, że jest niebrzydka i mieszka sama po rozwodzie – pani Anna starała się nadążyć za myślami męża.
– A to, że na ten przykład może sobie sprowadzać jakichś fatygantów i zepsuje nam dziecko z imentem!
- Co!??? – żona nie mogła opanować oburzenia – Janek, ty się opamiętaj, bardzo cię proszę! Nie obrażaj mojej rodziny. Co ty sobie myślisz!? Emilka chodzi do kościoła co niedzielę i zawsze dobrze się prowadziła. Pamiętam ją od najmłodszych lat, bo razem wychowywałyśmy się. Jak możesz opowiadać takie brednie. Głodnemu chleb na myśli, ty podstarzały capie!
- No już dobrze, dobrze. Ostrożność w takich sprawach nie zaszkodzi, a w ogóle, to   trzeba   uważać – pan   Jan   widząc gwałtowną w najwyższym stopniu reakcję żony, wycofywał się z familijnego  pola walki.

Stanęło na tym, że Agata będzie poszukiwała życiowego szczęścia w stolicy pod bacznym i opiekuńczym okiem ciotki. Pastusiakowie nawiązali listowny kontakt z panią Emilią Kotlarską, ustalając termin przybycia córki do Warszawy
na połowę września. Krewna chętnie zgodziła się na przyjazd i wspólne mieszkanie z siostrzenica. Spodziewała się, iż raźniej będzie wieść życie wraz z przyjazną młodą duszą w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu na warszawskich Stegnach.

Tymczasem w Grybowie łzom rozsta­nia nie było końca. Tak jak pisklę opuszcza gniazdo na nieznany i niepewny los, tak Agata wyruszała w zasnutą mrokiem drogę przyszłości. Pierwszy raz opuszczała domo­we pielesze i to na długo.
Czuła, że zaczyna się całkiem nowy rozdział w jej życiu. Stan drżenia, rozterki i wzruszenia   sięgnął szczytu w momencie, gdy znikały w oddali drobne sylwetki rodziców, stojących na dworcowym peronie. Już nie usłyszy ich rad i napomnień: ,,zapnij dokładnie palto, bo się rozchorujesz”, „weź szalik”, „czy nie zapomniałaś   chusteczki,   przecież   jesteś zaziębiona”, „nie zaniedbuj się w nauce, czy odrobiłaś lekcje”… Agata przełknęła łzy i oparła rozpalone czoło o chłodną szybę korytarzowego okna. Wsłuchała się w jed­nostajny stukot kół, powtarzając w  ich rytmie po cichutku najukochańsze słowa: „ma-ma, ta-ta, ma-ma, ta-ta”…


*******************


l tak Agata znalazła się na warszawskim bruku. Stała na ulicy przed Dworcem Centralnym, oszołomiona zgiełkiem wiel­kiego miasta, wpatrzona w dziwną, a wspaniałą budowlę, wznoszącą się dumnie i okazale po przeciwległej stronie jezdni.

Hotel „Marriott” – przeczytała napis na marmurowej płycie, mijanej przez obojętnych przechodniów, którym pośpiech, gnający ich gdzieś przed siebie, nie pozwalał na podziwianie zmian w architek­turze rodzinnego miasta. Agata wzniosła wzrok ku górze i po­woli go opuszczała, jakby sprawdzając, czy wszystkie niezliczone piętra wspaniałego gmachu są na swoim miejscu.
„U nas, w Grybowie czegoś takiego nie ma” – westchnęła
prostodusznie…
- No i czego sterczysz na środku chodnika?! – podniesiony głos kobiety w średnim wieku przerwał zachwyt spowodowany pierwszym zetknięciem ze stolicą. – Tamujesz przejście!
- Przepraszam.   Przepraszam  bardzo – powiedziała głęboko zmieszana dziewczyna, która najchętniej w tym momencie skryłaby się głęboko pod ziemię. Taki wstyd, nie potrafi się  nawet zachować na ulicy dużego miasta…
- Ciziunia, suń się, nie widzisz, że ludzie idą?! – usłyszała męski głos, ktoś mocno ją potrącił i wyminął szybkim krokiem. Spostrzegła, że stała tuz obok przystanku autobusowego, a ludzie, nie zwracając na nic uwagi i depcząc sobie nawzajem po butach, starali dostać się do zatłoczonego wozu linii 175.
Agata poczuła się zagubiona. Despekt jaki ją spotkał na
przywitanie nieznanego miasta wytrącił ją ostatecznie z równowagi. Była sama i bezradna. Ciotka Kotlarska miała na nią czekać na peronie, a tymczasem nie pojawiła się. Właśnie dlatego młoda podróżniczka z prowincji znalazła się na ulicy twarzą
w twarz z okazałą budowlą o dziwnej nazwie „Marriott”. Potrącający ją brutalnie przechodnie uzmysłowili stokrotnie bolesną prawdę o jej osamotnieniu w dziwnym, otaczającym ją świecie.
- Sprawia pani wrażenie zagubionej. Czy mogę w czymś pomóc? – za jej plecami rozległ się młody, łagodny i pełen ciepła głos.
Znieruchomiała.
,,O Boże, czy to do mnie?” – pomyślała zatrwożona. Powoli z ociąganiem odwróciła się, wydawało jej się, że lekkie buciki, jakie miała na nogach ważą po tonie każdy. Zimne i gorące fale przepływały przez całe ciało od stóp do głowy.
- Czy mogę w czymś pomóc? – usłyszała ponownie.
Pierwsze co ujrzała, to wpatrzone w nią uważnie, ale przyjaźnie niebieskie, wyraziste oczy i lekko wzniesione ciemne, ale nie czarne brwi. Oczy osadzone były w pociągłej, uśmiechniętej twarzy o delikatnych i ostrych zarazem rysach. Między rozchylonymi nieznacznie, ładnie przez naturę skrojonymi wargami widoczne były dwa rzędy równych, białych zębów, kusząco kontrastujących z intensywną złotą opalenizną. Całości dopełniała niedługa, ale starannie wymodelowana blond czupryna uroczo współgrająca z kolorem oczu.
O krok od oniemiałej z przerażenia dziewczyny stał wysoki, chyba
trzydziestoletni mężczyzna, z wyrazem życzliwości na twarzy jak i w całej zgrabnej sylwetce, lekko pochylony ku skromnie odzianej w niemodną brązową garsonkę Agacie.
Młody człowiek ubrany był w szykowne welwetowe spodnie, nie sięgające miękkich, ciemnobeżowych butów, dzięki czemu widoczne były krwiście czerwone skarpetki frote. Na koszulę z delikatnej włoskiej tkaniny w gustowną drobną kratkę nasz elegant włożył tego dnia cienką zamszową kamizelkę bez
zbędnych, a tandetnych butikowych ozdób i ,,bajerów”. Pachniał płynem po goleniu typu ,,Old Spice”, którego delikatny i trwały zapach niósł wrześniowy wietrzyk w stronę zaskoczonej dziewczyny.
- Ja nie wiem… przyjechałam… ciot­ka… – ze ściśniętego gardła z trudem wydobywały się nieskładne strzępki zdań, mających objaśnić jej nieszczęśliwe położenie.
- Ależ proszę się uspokoić, chwileczkę pomyśleć  i  opowiedzieć, co takiego się wydarzyło?
Ton jego głosu i sposób wypowiadania słów wywierał zaskakująco zbawczy wpływ na onieśmieloną pannę. Wzięła dwa głębokie oddechy i szybko wyrecytowała, aby mieć to już za sobą:
- Przyjechałam   z   Grybowa. Ciotka miała na mnie czekać i nie przyszła, a ja nie wiem jak dostać się na ulicę Kaukaską. Tam mieszka… to znaczy, ciocia Emilka. A Grybów to takie miasteczko, bardzo małe, na południu Polski – dodała tonem wyjaśnienia, tak jakby ta informacja była szczególnie ważna dla nieznajomego.
- Ach, Grybów! — ucieszył się nagle mężczyzna. – Znam tę miejscowość, przejeżdżałem kiedyś przez nią. Macie tam dobre piwo, byłem w waszej piwiarni i próbowałem, może aż nazbyt gorliwie.
- Naprawdę był pan tam? – nagle ów obcy, przygodnie spotkany człowiek stał się jej bliższy, prawie swojak. Przecież chodzili tymi samymi ulicami w odległym, a tak drogim, rodzinnym miejscu.  – - Chodziłam do grybowskiego liceum i  w tym roku   przed  wakacjami  zdałam maturę – pochwaliła się odruchowo Agata
i natychmiast zmieszała się okropnie. „A cóż to może obchodzić tego eleganckiego pana – pomyślała – ale ze mnie głupia koza”, l zamilkła nagle zacukana.
- No, to pięknie, serdecznie gratuluję zdanego   egzaminu   dojrzałości. Dobrze. Można powiedzieć, że mamy za sobą pierwszą zapoznawczą pogawędkę, ale teraz chyba czas, abyśmy pomyśleli o szanownej cioci. Pojedźmy zatem na Kaukaską.
- Jak to, pojedźmy? – spłoszyła się nie na żarty.
„Co on sobie wyobraża – dodała w myślach – o nie, tak łatwo mu nie pójdzie”. Sama nie bardzo wiedziała, co ów nieznajomy mógłby sobie w tym momencie wyobrażać, ani co mu powinno pójść jak najtrudniej, ale na wszelki wypadek nastroszyła się jak młody gołąb.
- Oj widzę, że wywołałem u pani nielada popłoch!
- Nieprawda, ja się wcale nie boję! – wypaliła zawziętym głosem, z nieco dziecinną, czupurną intonacją, skonfudowana dziewczyna.
- No już dobrze. Przepraszam bardzo za niecne posądzenie o tchórzostwo – rzekł pojednawczo mężczyzna. – Chodzi mi, po prostu, o to, że na Stegny jest kawał drogi i niewygodne połączenia komunikacyjne. A ja mam samochód, o tu niedaleko,
na parkingu przed dworcem. Proponuję pani przejażdżkę na Kaukaską. Będziemy tam za piętnaście minut. Podwiozę pod sam dom i już. To wszystko.
Uśmiechnął się czarująco i wskazał ręką drogę do parkingu. Agata była w niesamowitej rozterce, w takiej chyba, w jakiej znalazła się tylko raz w życiu, kiedy musiała przed kilku laty zdecydować czy skorzystać z zaproszenia na pierwszą prywatkę.
- Ale, ale… – wydukała niepewnie i zamilkła.
Przypomniały się jej wszystkie przestrogi rodziców i doświadczonych znajomych, aby nie zawierać przypadkowych znajomości, że może to być niebezpieczne, że wywiezie taki gdzieś i…
- Proszę się naprawdę nie obawiać. Jeśli  nie jest pani  pewna  mojej  osoby, mogę wylegitymować się dowodem osobistym. Wtedy będzie wszystko wiadomo.
Nieznajomy sięgnął do kieszeni kamizelki, ale nie zdążył wyjąć dokumentu, gdyż Agata nagle zdecydowała się. ,,W końcu jestem pełnoletnia i dorosła” – przypomniała sobie o świadectwie dojrzałości oraz dziewiętnastu, ukończonych latach i zdecydowanie ruszyła ku stojącym nieopodal samochodom. Doszli do lśniącego czerwienią lakieru „golfa” i młody człowiek otworzył przed Agatą drzwi.

Podniosła nogę i oparła o próg samochodu. Zawahała się i w jednej chwili opadły ją znowu wszystkie możliwe wątpliwości i rozterki. Ale nawet nie wiedziała kiedy znalazła się w miękkim wygodnym fotelu, l tylko pomyślała nieprzytomnie:
„O mamo, co ja robię?!”.

(CDN)

Possibly Related Posts:


Print
Nicolaus Copernicus – wybitny uczony i pruski agent
Piotr Wójcicki | September 20, 2008 | 12:39 am

Zelektryzowała nas ostatnio wieść o odnalezieniu protokołu z 1527 roku z przesłuchania Mikołaja Kopernika (wybitnego astronoma, matematyka, lekarza, prawnika, ekonomistę, 180px-Nicolas_Copernicus_Polish stratega, poetę, astrologa, tłumacza, kanclerza kapituły warmińskiej, a od 1511 roku kanonika warmińskiego, scholastyka wrocławskiego, duchownego katolickiego. [UWAGA: linki te podał do protokołu sam podejrzany, tak więc nie radzimy z nich korzystać, bo mogą nas zaprowadzić do nikąd]) przez wysłanników Kurii Biskupiej i Dworu Królewskiego na okoliczność jego powiązań z ksiązęcymi pruskimi słuzbami specjalnymi w okresie kilkunastu lat przed shołdowaniem Prus Ksiązęcych w 1525 roku. Dwór uzyskał pełną kontrolę nad archiwami nowego lenna i dzięki temu mozliwa stałą się lustracja, sprawdzająca działania wielu podejrzanych, a wśród nich astronoma Mistrza Mikołaja.

Przesłuchanie miało miejsce na zamku w Olsztynie, gdzie Mistrz majstrował coś przy działobitniach fortecznych. Przybycie przedstawicieli Dworu i Kurii zaskoczyło go nieco, a przede wszystkim zirytowało, gdyz nie lubił kiedy ktokolwiek przerywał mu pracę. Zgodził się jednak na wielogodzinne spotkanie z przybyłymi, za co dygnitarze ci szczerze wyrazili mu swoją wdzięczność.

Z helwecką precyzją ustalono tozsamość podejrzanego, dbając aby nie zaszła w tej sprawie jakaś nieprzyjemna pomyłka. W końcu godność i honor w zyciu uczonego to cnoty kardynalne.

Mikołaj Kopernik, urodzony w Toruniu 19 lutego 1473 roku, syn Mikołaja i Barbary z domu Watzenrode, a więc syn kupca, handlującego z Gdańskiem metalami kolorowymi. Mikołaj senior znany był juz wcześniej jako zręczny negocjator w kwestiach finansowych między stanami pruskimi a kardynałem Zbigniewem Oleśnickim (w sierpniu 1454 r.) podczas Wojny Trzynastoletniej. Syn miał troje rodzeństwa – Andrzeja, Barbarę i Katarzynę.

Jakze często Kopernik był wysyłany w latach 1516-1521 w celu zawierania porozumień ze stroną Krzyzacką i wszystkie tego rodzaju sprawy załatwiał nader szybko i pomyślnie. Jak podają źródła encyklopedyczne dnia 21 lipca 1521 roku w Grudziądzu na zjeździe Stanów Prus Królewskich "Kopernik wystąpił z napisaną przez siebie mową Querela Capituli contra mgrum Albertum et eius ordinem super iniuriis irrogatis 1521 sub induciis belli (Skarga 150px-1000_zl_a_1982 kapituły na mistrza Albrechta i jego zakon z powodu krzywd wyrządzonych w roku 1521 podczas zawieszenia broni)". Niejasna i tajemnicza to była mowa, broniąca krzywd Prusów, tylko nie wiadomo których – Królewskich czy Zakonnych. W mowie uzywał w sposób nieuzasadniony, a w kazdym razie podejrzany etymologicznie określeń "Prus" i "Prusak", czego wprzódy nie zauwazono, a dostrzezono dopiero w epoce po chwalebnym Hołdzie Pruskim.

Mikołaj Kopernik rozpoczął spotkanie śledczo-konsultacyjne z przybyszami od zręcznego oświadczenia, zawierającego atak uprzedzający pytania o apanaze związane z płatną agenturą:

"Chociaż niezliczone są klęski, wskutek których zazwyczaj podupadają królestwa, księstwa i rzeczpospolite, to jednak najgroźniejsze są – moim zdaniem – cztery: niezgoda, śmiertelność, nieurodzajność ziemi oraz spadek wartości monety. Trzy pierwsze są tak 150px-Kopernik oczywiste, że nie ma nikogo, kto by o tym nie wiedział, jednakże czwarta, która dotyczy monety, dostrzegana jest przez niewielu i to jedynie przez najgłębiej myślących, ponieważ nie powoduje natychmiastowego i gwałtownego upadku państw, ale doprowadza je do tego stanu stopniowo i jakby niewidocznie."

No, ostro pojechał, mozna by rzec kolokwialnie. Pytanie, dlaczego poszedł na tajną słuzbę zezłościło go niebywale i zarzucił indagującym całkowitą ignorancję w dziedzinie ówczesnej historii najnowszej, a zwłaszcza kompletną nieznajomośc realiów okresu przełomu Średniowiecza i Renesansu.

"Być może, że znajdą się tacy – wybuchnął, - co lubiąc bredzić i mimo zupełnej nieznajomości nauk (…) roszcząc sobie przecież prawo do wypowiadania o nich sądu, na podstawie jakiegoś miejsca w Piśmie Świętym, tłumaczonego źle i wykrętnie odpowiednio do ich zamierzeń, ośmielą się potępiać i prześladować tą moją teorię. O tych jednak zupełnie nie dbam, do tego stopnia, że sąd ich mam nawet w pogardzie jako lekkomyślny.(…)

Niezupełnie się to spodobało dostojnym przedstawicielom Dworu i Kurii. Zapytali tylko, czy nie wstydzi się swoich czynów. Odpowiedział, ze nie, w zadnym wypadku, bowiem postąpił, 180px-De_revolutionibus_orbium_coelestium jak postąpił, w końcu Mistrz Zakonu, to nie jakiś obwieś, ale osoba świątobliwa, a w kazdym razie godna zaufania osoby duchownej, którą przeciez podejrzany bezprzecznie jest.

Na koniec dostojni przybysze i gorący zwolennicy porządków zaistniałych po Hołdzie Lennym Prus Ksiązęcych zapytali podejrzanego, czy ma coś do dodania przed czekającą ich drogą powrotną.
M. Kopernik zakończył rzecz całą lakoniczną kwestią:
"Gorsza lepszą monetę z obiegu wypędziła". I westchnął głęboko, jakby z ulgą.

 

 

Hold-pruski

Possibly Related Posts:


Print
Boom iberoamerykański – Ku naszej pamięci
Piotr Wójcicki | February 12, 2008 | 7:08 pm

Przed rokiem 1960 rzadko można było usłyszeć niespecjalistę, mówiącego o współczesnej powieści latynoamerykańskiej – wspominaDonoso_photo
Chilijczyk Jose Donoso w "Mojej osobistej historii boomu".

Carlosfuentes
I oto u schyłku lat 50-tych ukazała się powieść Carlosa Fuentesa "Kraina najczystszego powietrza" i pierwszy znaczący zbiór opowiadań Julio Cortazara "Tajemna broń". W 1962 roku młody 24-letniCortazar2
Peruwiańczyk Mario Vargas Llosa otrzymał, liczącą się na całym obszarze języka hiszpańskiego nagrodę Mario_vargas_llosa
Biblioteca Breve de Novela barcelońskiego wydawnictwa Seix Barral za powieść "Miasto i psy". W latach 1962-1968 do rąk czytelników dotarły tak wybitne utwory, jak: "Zielony dom" – Mario Vargasa Llosy, "Śmierć Artemia Cruz" Carlosa Fuentesa, Julia Cortazara "Gra w klasy", Jose Lezama LimyLezama1
"Raj", Ernesto Sabato "O bohaterach i grobach" czy opromienione sukcesem "Sto lat samotności" Gabriela Ernesto_sabato
Garcii Marqueza. W tym czasie aż pięciu pisarzom latynoamerykańskim przyznano nagrodę Biblioteca Breve de Novela.

Od czasu uzyskania niepodległości przez poszczególne państwa, literatura tego kontynentu w ciągu XIX  i pierwszej połowy XX Garcia_marquez1
wieku była krępowana tradycjami konwencji realistycznej. Wartość obyczajowej powieści kreolskiej mierzona byłą wiernością opisu, przedstawiającego życie regionu, nosiła charakter autochtonicznej kroniki, której bohaterowie i okoliczności dobrze znane były wszystkim czytelnikom z bezpośredniej obserwacji. Niechęć do podejmowania tematyki uniwersalnej, bądź do uogólniania problematyki lokalnej sprzyjała podziałom i izolacji środowisk artystycznych.

Taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. Bogata i bujna rzeczywistość Ameryki Łacińskiej domagała się wieloznacznego, barokowego opisu (zgodnego zresztą z naturą języka hiszpano-amerykańskiego), pomieszczonego w niekonwencjonalnej strukturze literackiej. Przełom w literaturze iberoamerykańskiej polegał więc na odnalezieniu i umiejętnym zastosowaniu środków artystycznego wyrazu, odpowiadających wielokulturowemu europejsko-afrykańsko-indiańskiemu tworowi,  powstałemu w trwającym od XVI wieku i jeszcze niezakończonym procesie "metysażu".
Nie należy również lekceważyć wpływu, jaki miałą twórczość europejska XX wieku (Joyce, Kafka, T. Mann, Robbe-Grillet, Sartre, Camus, Frisch i in.) na kształtowanie postaw artystycznych pisarzy Ameryki Łacińskiej. Wszystkie te czynniki połączone z wielkim talentem zrodziły zjawisko, któremu nadane miano boomu iberoamerykańskiego.
Reprezentanci tego kierunku potrafili łączyć, w swych nowatorskich formalnie utworach, świat rzeczywisty z mitologicznym, konstruując kronikę życia realnego i duchowego, stanowiącą organiczną całość.

"Staram się pisać książki oparte całkowicie na rzeczywistości – wyznajeSainz
Gustavo Sainz. – Natomiast technika narracyjna, sposób ujęcia czasu i przestrzeni powieściowej zależą od mojej wyobraźni…".

Łagodnie i oględnie brzmią słowa meksykańskiego pisarza, dodajmy więc za południowoamerykańskim krytykiem, że jedynym prawem, uznawanym przez Gustavo Sainza jest prawo do eksperymentu.

"Rzeczy realne nic mi nie mówią (…) – pisze z kolei Juan Rulfo, autor "Pedro Paramo" i "Równiny w płomieniach". – Nie nie potrafię np o Juan_rulfo
postaciach żywych, muszę je sobie wyobrazić, choć umieszczam je w świecie realnym(…). Bo ludzie wszędzie są podobni, a ci, których wymyśliłem żyją tylko w mojej wyobraźni. Podobnie jak w tradycji i wierzeniach meksykańskich Indian".

Jedność przeszłości z teraźniejszością, obecność mitu w codziennym pejzażu, fantazja, wyobrażenia i namacalny banał – to elementy, tworzonej przez pisarzy Ameryki Łacińskiej "rzeczywistości cudownej".

W latach 70-tych boom iberoamerykański dotarł do Polski w całej okazałości. Czytelnicy chłonęli latynoską prozę, upojeni jej rozmachem i spontanicznością, której nie dostarczała im twórczość rodzima, ani europejska, znajdująca się w okresie zastoju i niewiary w powieść jako gatunek literacki. Wszystkim ,którzy twierdzą, że moctej literatury wyczerpała się w ciągu krótkotrwałego boomu, wystarczy zaproponować lekturę, napisanej w 1975 r. (wydanie polskie r. 1981) trzytomowej "powieści totalnej" Carlosa Fuentesa pt. "Terra Nostra".

(mój tekst z 1984 roku)

Possibly Related Posts:


Print
Wycieram gębę Witkacym
Piotr Wójcicki | December 28, 2007 | 9:29 pm
Witkacy4_2 Na to bezbronnemu Witkacemu przyszło, ża taki blogujący szmondak i wyznawca kultury masowej (no, nie do końca – przed śmiercią się nawrócę) założył jakiś setny swój blog i nazwał bezczelnie i bluźnierczo: Kurka Wodna. O, kurka wodna, kto to będzie czytał? Te moje intymne wyznania  na temat kontaktów i konszachtów ze Stanisławem Ignacym, dwojga imion, Witkiewiczem. Lecę w tym świeżo poczętym blogu od lat 60-tych, w których zetknąłem się z właścicielem Firmy Portretowej (a internetowej Witryny Portretowej nie miał, nieboraczek), aż po dziś dzień, którymkolwiek by dniem dzień ów nie był. Pewnie skończy się na wydanych ostatnio listach Witkacego do żony, których pierwsze tom otrzymałem pod choinkę od wrażliwego św. Mikołaja. Zaglądajcie na strony mojej Kurki Wodnej, będziemy razem dopieszczać Mistrza.

Possibly Related Posts:


Print
Wolter obserwuje
Piotr Wójcicki | July 13, 2007 | 11:09 pm
Wolter obserwujeBył to czas, w którym ludzie , według słów pewnego medyka, zachwyconego pulsem epoki, do wszystkiego dosnuwali "pozłociste tło i gotyckie ozdoby swojego wieku".
     Drogami (lub jakby wolał współczesny autor – bezdrożami – choć to  jawny fałsz), prowadzącymi z północy na południowy wschód, w tym właśnie kierunku zmierzał nieliczny orszak, można powiedzieć orszak niezbędny. Podążał w nim Wolter, kanonik bremeński, niosąc w sobie opis tak mocny jak i nowy, a tchnący wiecznymi prawidłowościami, które zmuszają ludzi do tajemniczego postępowania. Wiózł swą wiadomość do przyjaciela, który obiecał mu równie ciekawą co ważną nowinę, ilustrującą  zjawiska, które były treścią ich życia.
     Wolter chciał przekonać siebie, że interpretacją zjawisk nie trzeba kierować, iż mamy tu do czynienia z czystością samoistną i niezmienną. Tak myślał o tym, co zobaczył podczas pięknego przełomu wiosny i lata pod murami klasztoru świętego Magnusa.
     Pojawiło się tam czterech mężczyzn i jedna kobieta, którzy spędzali długie godziny w dziwnych układach ciał, nadając członkom ruchy raz powolne i uroczyste, na zmianę z rwanymi i gwałtownymi. Przyciągnęło za nimi trochę próżniaczej gawiedzi, żartobliwie naśladującej muzykę, dostosowując jej rytm do urojonego tańca.
     Zdarzenie, mimo gwaru podniesionych głosów miało przebieg spokojny, nawet nieco monotonny, przytłaczający uwikłaniem widzów i aktorów w sprawy niewyjaśnione. Kanonik zauważył nawet z pewną satysfakcją, że kobieta i mężczyźni strojni w kwiaty i szare, tanie płótno nie zapomnieli o dużych, ba – wręcz gigantycznych zapasach jedzenia i trunków. Jedli i pili z nieskrywanym zadowoleniem, nie przerywając charakterystycznych tanecznych ruchów.
     Zresztą oddając biologii fabularną sprawiedliwość, należy wspomnieć, że wszystkie konieczne potrzeby załatwiali nie przerywając ciągu wydarzenia, które dzięki temu stało się możliwe do zwięzłego opisania oraz późniejszych wielokrotnych interpretacji, dokonywanych z różnych pozycji. Wypowiadane przez nich słowa i urywane zdania (krzyczeli coś, jakby "anthecasmos" czy "enthusiasmos" może, ale chyba greki nie znali), wzmacniane wielorakością ruchów i czynności wydawały się mieć sens ostry i zapadający w duszę obserwatora.
Co pewien czas wydawało im się, że przekraczają Morze Czerwone, które jawiło się strumieniem krwi o cechach podczerwienionej substancji. Podnosili wtedy nogi, szybko podskakując lub nagle, jakby zorientowawszy się w powadze sytuacji – wolno i dostojnie stawianymi stopami zdobywali upragnioną powierzchnię. Czasami – to pewne – otwierały się nad nimi Niebiosa, odsłaniając widok złotych tronów z siedzącymi na nich świętymi postaciami, które dziwnymi gestami przywoływały piątkę szczęśliwców przed swoje oblicza. A, że gesty te były nieraz figlarne – ci z późniejszych badaczy, którzy stali nogami mocno na doczesnej ziemi zlekceważyli ten, a także inne o podobnej wymowie elementy wydarzenia.
     Doświadczeni ludzie tamtej epoki doskonale wiedzieli, że niespożytość pląsów i czynności zaspokajająco-wypróżniających jest pozorna. Tak więc kanonik bremeński zauważył (bowiem na te momenty był szczególnie wyczulony – o czym wspomina się tu bez przekąsu), że mężczyźni kolejno padali i umierali. Jednak jeszcze przed taneczną śmiercią zrywali się do ostatniego wysiłku zmagając się z materią spożywczą i przestrzenią wyznaczoną przez zgromadzonych obserwatorów.
     Ostatnia została kobieta.

     Wolter odczuł wtedy przypływ złośliwego antyfeminizmu, uczucia nieco dwuznacznego, jeśli uwzględni się powołanie kanonika. I wraz z całą dwuznacznością wrażeń, wyniesionych spod murów klasztoru świętego Magnusa w Saksonii zbliżał się do bram Salerno.

(Obraz z 1349 r. "Biczownicy z Doornik")

Possibly Related Posts:


Print
Noc
Piotr Wójcicki | July 13, 2007 | 5:06 pm

Noc, sen, night, dreamNoc, to jednak wielka zdobycz natury, a może nawet wielki skarb cywilizacji. Mówi się o niej, że "zapada". Zapada więc i już – ciemno, spokój, tylko krąg lampy – po prostu, wszystko ma się dla siebie: książki, myśli i nerwy. I już jest jak w raju. W raju?! A skąd w raju te nerwy drgające?
Otóż, proszę Szanownej Niewiedzy, pierwsi ludzie, patrząc na Drzewo z zakazanymi owocami poznania, musieli przeżywać piekielny stress. Zresztą owa rajska frustracja nie powinna nas tak bardzo dziwić. W krainie obfitości i wszelakiego dobra, jakże często znajdujemy się dopiero u progu, za którym możemy napotkać dobre i złe. Mamy też szczególną ambicję, aby ten próg przekroczyć, znaleźć się w nowym otoczeniu, grzesząc – rzecz jasna – ignorancją nowoprzybyłych.
     Ludzie, dobrze w nocy sypiający – w dzień chodzą tu i ówdzie, siadają tu i tam, znajdują wiele różnych rzeczy, oglądają to czy tamto, wykonują jakieś postawione przez siebie lub innych zadania i obowiązki, wymieniają z napotkanymi kwestie słowne czy też gesty, zaspokajają swe ambicje i inne, często traktowane ambicjonalnie potrzeby. Spędzają swój kolejny dzień, a kiedy zapadnie ciemność, zazwyczaj o oznaczonej godzinie kładą się na siedmio lub ośmiogodzinny spoczynek. A następnego dnia – jako się rzekło – znów wyruszają i znajdują wiele różnych rzeczy.
     Natomiast ludzie nie sypiający nocami znajdują siebie, może nie zawsze, ale przynajmniej mają na to szansę. Takich odpornych na sen nazywa się "sowami". Oni też przeżywają jasną część doby, ale mają do tego co dzień niesie zdrowy dystans niewyspania, stępiający doczesną ostrość powszednich zdarzeń. Unoszą się nieco nad ziemią, a ludzi nawet przypadkowych traktują życzliwie, bo nie chce im się formułować sądów i opinii drastycznie negatywnych czy polemicznych.
     Ale taka ludzka sowa, co w dzień zobaczy i usłyszy, to już jest jej. Pamięć doniesie, co trzeba do późnego wieczora i raczej nie zawiedzie osobnika, siadającego przy stole lub biurku w kręgu lampy, rozpoczynającego swoje sam na sam z rachowaniem dziennych wrażeń.


 

Possibly Related Posts:


Print