Dialogi z dziewczyną
- Jest pan samotny?
- Nie.
- Ale naprawdę nie jest pan samotny?
- Ale po co pani informacja, czy jestem samotny?
- Bo byśmy do pana poszli i napili się piwa.
- Nie, nie jestem samotny.
- Ale na pewno?
- Na pewno.
Niska mocno zbudowana blondynka o pospolitej twarzy i o bardzo wyraźnych iksach w nogach. Patrzy okrągłymi jak monety oczami, mówi szybko, wyraźnie i natarczywie dopytująco. Ale nie agresywnie. Dopada mnie na ulicach w kwadracie Radomska, Białobrzeska, Częstochowska, Grójecka na warszawskiej Starej Ochocie.
- Ma pan telefon komórkowy, bo mi zginęła córka. Poszła do przedszkola i nie wróciła. Muszę się dowiedzieć, co się stało? Niech pana da mi komórkę.
- Nie mam.
- Na pewno, nie ma pan?
- Nie mam.
- Oj, ma pan. Niech pan da mi komórkę, proszę.
- Pani mnie już zaczepiała, czy jestem samotny. A teraz, że córka zginęła. Nie mam komórki.
- Oj, ma pan.
- Nie.
- A jest pan samotny?
- Nie.
- Na pewno?
- Na pewno.
Poszła.
- Pan da papierosa.
- Proszę.
- Oj, pan da dwa, albo trzy.
- Dobrze.
- Czy widać po mnie, że jestem po alkoholu?
- No, trochę.
- Oj, nie. Widać po mnie, że jestem po alkoholu?
- No dobrze. Nie, nie widać, raczej.
- A czuć mi z ust alkohol?
- Czuć.
- Oj, nie – ale naprawdę czuć mi z ust alkohol?
- No, troszkę tak.
- Oj, nie niech pan tak nie mówi. Naprawdę czuć mi z ust alkohol?
- A co? Całować się pani będzie z kimś niepijącym?
- Nie. Idę do opieki społecznej. Czuć mi z ust?
- Trochę tak, ale jak pani stanie dalej, to nie.
- Ale k z bliska, to czuć?
- Tak, ale jak pani stanie dalej, to nie poczują w opiece.
- To pan da jeszcze ze dwa papierosy.
- Proszę.
Poszła.
- Pan da papierosa, albo dwa.
- Dobrze. No i jak było w opiece społecznej?
- Dobrze
- To fajnie.
- Ale nie zamkną mnie na odwyku? Co?
- A niech zamkną, co pani szkodzi?
- Nie chcę. Nie zamkną mnie na odwyku?!
- To dobrze pani zrobi.
- Dlaczego?
- No bo odnajdzie pani jakiś sens w tym wszystkim. Bo jest pani pokręcona, zagubiona i szwenda się pani po okolicy. Nie jest z panią dobrze.
- Dlaczego?
- Dlaczego, przez alkohol.
- Ale nie zamkną mnie na odwyku?
- Niech pani idzie na odwyk. To może pomóc – sam byłem na dwóch i pomogło. Nie widać? W Łukowie byłem też.
- Nie chcę.
- Warto.
- To pan da jeszcze papierosa. Jest pan samotny?
- Dobrze. Nie.
Poszła.
- O, pan da papierosa.
- Dobrze.
- I jeszcze jednego, nie – dwa.
- Proszę.
- Czy mam zdrowy język? Yyyyy.
- Tak.
- Nie ma na nim nic?
- No, trochę jest.
- Jest zakalafiorowany?
- Jaki?
- Zakalafiorowany. Jest zakalafiorowany?
- No może troszkę.
- Widać? Yyyyy.
- Troszkę widać.
- To ja umrę?
- Nie, dlaczego?
- To ja umrę?
Poszła.
Possibly Related Posts:
- Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
- Odjęło nam ją
- Agata Czamor – W cieniu hotelu Marriott
- Teoria macania-łykania
- Nicolaus Copernicus – wybitny uczony i pruski agent
Solidarni 2010 – reż. Ewa Stankiewicz, Jan Pospieszalski
Otrzymałem taki list i serdecznie przyłączam się do apelu:
Witam,
W imieniu autorów dokumentu “Solidarni 2010″, Ewy Stankiewicz oraz
Jana Pospieszalskiego oraz Redakcji
publicystyki TVP 1 proszę o nagłośnienie informacji o emisji dokumentu “Solidarni 2010″. Wszystkie szczegóły są poniżej.
Proszę o zgłaszanie zapotrzebowania na wywiad z autorami:
producent Robert Kaczmarek – tel. 501060402
redaktor prowadzący Artur Bazak – 605605848
Solidarni 2010
Film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego
Realizacja: Ewa Stankiewicz i Jan Pospieszalski
Producent: Film Open Group Sp. z o.o.
Emisja: TVP 1, poniedziałek 26 kwietnia, godz. 20.25
Czas: 90 min
Redaktor prowadzący: Artur Bazak, Redakcja Publicystyki TVP 1
„Solidarni 2010” to zapis nocnych rozmów Polaków na Krakowskim Przedmieściu Warszawie oraz w Krakowie podczas uroczystości pogrzebowych Pary Prezydenckiej. Dokumentalistka Ewa Stankiewicz oraz publicysta Jan Pospieszalski w ciągu 9 dni żałoby narodowej prowadzą rozmowy z wieloma Polakami. Jest to świadectwo żywej, autentycznej, przejmującej dyskusji narodu, który zebrał się w Warszawie i w Krakowie, aby rozmawiać o przyszłości Ojczyzny, o znaczeniu ofiary Katynia i Smoleńska, o Polsce tu i teraz.
Film „Solidarni 2010” jest bezprecedensową w historii Telewizji Polskiej dokumentalną formą rejestracji stanu ducha Polaków w trakcie wielkiej żałoby po ofiarach tragedii w Smoleńsku 10 kwietnia. To obraz Polski, która objawia inną twarz Polski – zadumaną, refleksyjną, ale także patriotyczną i autentyczną w swojej rozpaczy, żalu, smutku i nadziei. Twarz wielkiego narodu.
Telewizja Publiczna miała w tych dniach niepowtarzalną szansę oddać Polakom głos. Badania oglądalności stacji telewizyjnych z ostatnich dni nie pozostawiają żadnych wątpliwości: TVP 1 jako jedyna antena w Polsce pozwalała Polakom uczestniczyć w tragedii narodowej, godnie ją przeżyć oraz wyjaśnić znaczenie i symbolikę tego, co się wydarzyło w Katyniu, Smoleńsku i w Warszawie. Polacy odnajdują się w przekazie zaproponowanym przez TVP 1. Film Ewy Stankiewicz oraz Jana Pospieszalskiego wpisuje się w oczekiwania naszych widzów.
Autorzy:
Ewa Stankiewicz – (ur. 6 czerwca 1967 w Wrocławiu) – polska reżyser i scenarzystka filmowa. Ukończyła reżyserię łódzkiej filmówki oraz polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Autorka nagradzanych reportaży telewizyjnych i radiowych. Autorka (wspólnie z Anną Ferens) słynnego dokumentu „Trzech kumpli”. Wyreżyserowany wraz z Anną Jadowską film Dotknij mnie, zrealizowany na podstawie napisanego wspólnie scenariusza, uzyskał w 2003 nagrodę główną w Konkursie Polskiego Filmu Niezależnego na XXVIII Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Laureatka (wraz z Anną Ferens) Studenckich Nagród Dziennikarskich MediaTory 2008, w kategorii DetonaTOR – dla autora najgłośniejszego i najbardziej spektakularnego materiału (film “Trzech Kumpli”). Nagroda im. Andrzeja Woyciechowskiego w 2008 roku (wraz z Anną Ferens) za film “Trzech Kumpli”. Laureatka Nagrody im. Dariusza Fikusa za 2008 rok w kategorii “twórca w mediach”. Filmografia: Dywizja marketing (1997) ,Znajomi z widzenia (2001) ,Panienka z okienka (2001) , Dotknij mnie (2003) , Trzech kumpli (2008) ,Nie będziesz wiedział (2009
Jan Pospieszalski – (ur. 29 stycznia 1955 w Częstochowie) – muzyk, aranżer i kompozytor, publicysta, autor programów radiowych i telewizyjnych. W telewizji publicznej w latach 1994-1997 realizował i prowadził program Swojskie klimaty, opracował także kilka telewizyjnych widowisk muzycznych, m.in. Henryk Mikołaj Górecki – Spotkanie. Po likwidacji cyklu Swojskie klimaty w 1997 (wkrótce po dymisji prezesa Wiesława Walendziaka) był m.in. współtwórcą telewizyjnej kampanii wyborczej AWS, a następnie dyrektorem artystycznym sieci katolickich rozgłośni radiowych “Plus“, skąd odszedł w lipcu 2001 wobec planów zmiany profilu sieci przez nowego inwestora. Od 2001 organizował koncerty z okazji Dnia Papieskiego w Teatrze Wielkim. Od 2001 pracował w katolickiej TV Puls, gdzie prowadził Studio Otwarte. Od 2004 do 2009 prowadził w TVP2 program publicystyczny Warto rozmawiać. Od 2009 w TVP 1.
krewni w Chrystusie
Possibly Related Posts:
- Warszawa-Smoleńsk-Katyń – 10 kwietnia 2010 r.
- Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
- Co mi zrobiła Marta Klubowicz?
- Jan Pietrzak o antypolonizmie
- ROCZNICA
Warszawa-Smoleńsk-Katyń – 10 kwietnia 2010 r.
Possibly Related Posts:
- Solidarni 2010 – reż. Ewa Stankiewicz, Jan Pospieszalski
- Jan Pietrzak o antypolonizmie
- ROCZNICA
- Afery, afery i afery
- Widmo nad Warszawą – naukowy antysemityzm
Granda recenzencka – Dni Otwarte Teatru Studio
Od 17 do 21 marca odbywały się Dni Otwarte Teatru Studio, będące prezentacją tej sceny, serwowaną z rozmachem przez dyrektorów Macieja Klimczaka i Grzegorza Brala. Było na co patrzeć, oj było. Dla ducha, dla ucha i dla oczu – bogactwo niesłychane. Publiczność waliła drzwiami i oknami , fundowała artystom aplauz, o jakim kazdy z ludzi teatru moze tylko zamarzyć. I co – i głucho.
Jedynie Jan Bończa-Szabłowski w Rzeczpospolitej zauwazył to znaczące wydarzenie artystyczne, dając krótką, pochlebną notkę. Resztę krytykonów wcięło, wymiotło, zatkało i skręciło w rulonik. Obecni, ale milczący odwrócili głowy od tej sceny, a być moze rzeczywiście nic na niej nie zauwazyli. Pies ich jechał.
Mogę jeszcze, chociaz z trudem, zrozumieć fatygantów z salonowego lobby, wzdychającego miłośnie do Macieja Nowaka, którego wyśnili sobie jako nowego dyrektora Teatru Studio. Wtedy byłby to przybytek sztuki cudownie wyrafinowanej i cmokierzy śliniliby się obficie, zachłystując się premierami wyjątkowej wagi i przedsięwzięciami, propagującymi wszelką pseudo awangardową tandetę.
Juz jakiś czas temu krytykon Pawłowski, zwany przez Jerzego Pilcha Romusiem i rzecznikiem TR – pomrukiwał niezadowolony z jakoby tajemniczego procesu powołania nowej dyrekcji w osobach pp Klimczaka i Brala. Oj, jak oni mu się nie podobali i och, jak mu się podobał okrutnie Maciej Nowak. No, nie udało się – psiakrew – Nowak się nie przyjąl, bidula salonowa kucnęła i nie miala siły wstać.
Chrzanię fatygantow salonowego lobby, nie traktuje ich jako powaznych partnerow do rozmowy o teatrze. Mam jednak wielki zal do recenzentow, których uwazam za uczciwych, rzetelnych i kompetentnych. Co się stalo z Jackiem Wekslerem czy Tomaszem Mościckim??? Nie zauwazyli oni rewelacyjnego “Makbeta” w natchnionym wykonaniu Teatru “Pieśń Kozla” ??? Nie poruszyl ich “Obrock” z Irena Jun, ani fenomenalny talent Pauli Kinaszewskiej i estradowa swoboda Leny Frankiewicz??? Nie podzialal na nich potezny czar flamenco – “La Kaita”???
Ejze, panowie – czy to aby mozliwe???!!!
Czuję przeto mus wewnętrzny napisania o tych wydarzeniach w kolejnych artykułach. Oni nie muszą – ja tak.
Possibly Related Posts:
- Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
- Co mi zrobiła Marta Klubowicz?
- Wojna Dziennika z polską, niezależną BLOGOSFERĄ
- Fred APKE – dialog
- Moskwa ciepleje, obywatel w areszcie, izby wytrzeźwień zamknięto, pogotowie bojowe w armii
Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
Kiedyś był znany i modny. Łakomie przerzucałem strony miesięczników i kwartalników literackich, aby znaleźć jakikolwiek tekst o nim i jego dokonaniach.
Fernando Arrabal – nieco obsesyjny. No, powiedzmy, bardzo obsesyjny. Powiem jeszcze, że moim zdaniem artysta bez obsesji jest jak pianista bez rąk. Albo jeszcze gorzej… .
Oto dwa fragmenty z “Jądra szaleństwa – Księga Lęku”:
Z tyłu za mną jest zakonnica i duża patelnia na ogniu. Przypuszczam, że robi omlet, bo widzę przy niej dwa ogromne jaja. Podchodzę bliżej, ona przygląda mi się uporczywie, a ja dostrzegam pod jej habitem dwa udka żabie zamiast nóg. Na patelni leży mężczyzna z obojętną miną. Od czasu do czasu wysuwa jedną nogę - może mu gorąco - ale zakonnica tego mu zabrania. Teraz mężczyzna już się nie rusza i coś w rodzaju bulionu, bo pachnie rosołem, pokrywa go całkowicie. Zupa staje się bardzo gęsta, już go nie widzę. Zakonnica każe mi iść do kąta. Idę za nią. Zaczyna mówić i prawi sprośności. Zbliżam się do niej, aby lepiej zrozumieć. Ktoś śmieje się z tyłu za nami. Patrzę na ręce zakonnicy i widzę dwie żabie łapy. Jestem nagi: lękam się, żeby mnie ktoś nie zobaczył w takim stanie. Ona każe mi zająć miejsce na dużej patelni, aby nikt mnie nie przyłapał. Siadam tam. Bulion staje się coraz gorętszy: staram się wysunąć stopę z patelni, ale zakonnica mi zabrania. Nagle rosół zakrywa mnie całkowicie i czuję, jak żar zwiększa się bezustannie. Teraz wrę.
I kolejny fragment:
Wręczyła mi bukiet kwiatów, ubrała w czerwoną bluzę i wsadziła sobie na ramiona. Mówiła: "To karzeł, który ma zwariowany kompleks niższości", a ludzie wybuchali śmiechem. Szła bardzo szybko, a ja z całej siły trzymałem się jej czoła, żeby nie spaść. Wokoło nas było wiele dzieci i , choć wspiąłem się na nią, sięgałem im zaledwie do kolan. Kiedy poczułem się zmęczony, dała mi pić z czarki napełnionej czerwonym płynem, który miał smak coca-coli. Gdy skończyłem pić, zaczęła biec. A ludzie śmiali się, można by rzec, że gdakali. Poprosiła ich, żeby przestali się śmiać, gdyż jestem bardzo wrażliwy, a ludzie zanosili się śmiechem. Biegła coraz szybciej, widziałem jej obnażone piersi i koszulę rozwiewającą się od wiatru. Ludzie śmiali się w najlepsze. Wreszcie postawiła mnie na ziemi i zniknęła. Stadko ogromnych karmazynek przybiegło do mnie gdacząc. Nie byłem większy od ich dziobów, kiedy przybliżyły się, żeby mnie dziobać.
Chyba jednak powiem, że stosunek Arrabala do kobiet jest nader “gęsty”. Lęk przed Gęstym, wielokrotnie większym ode mnie jest mi znajomy, a może wręcz bliski. jakże chciałbym obejrzeć sztuki Arrabala. Sam je reżyserował – w tym podobny do Kajzara, ale chyba nie tylko w tym. Kajzar też jest moim jeszcze niespełnionym snem o literaturze i teatrze. Może do niego wrócę – nie wiem.
Dyskusyjną kwestią jest jak Helmut Kajzar zrealizował literacko i reżysersko swój postulat teatru meta-codziennego. Natomiast sama koncepcja wydaje mi się jak najbardziej słuszna i nader twórcza oraz szczególnie mnie satysfakcjonująca jako odbiorcę. Chociaż tak naprawdę jestem w ogóle za meta-rzeczywistością niekoniecznie “codzienną”.
Przeżywamy tzw dni powszednie, bo i cóż mamy robić innego, taka jest procedura boska i nic nam do niej. Możemy tę rzeczywistość opisywać i jeśli akurat jesteśmy dupnymi artystami, to czynimy to, bowiem tak nam się podoba czynić.
Ale nie jesteśmy jako pieprzeni artyści jedynymi fatygantami opisu. Dziennikarz może nas urzec fenomenalnym i prostym opisem serwując nam relację z jakiegoś wydarzenia sportowego. Cieszymy się jak dzieci – och, jak on wspaniale pisze, jaki barwny jest jego tekst i jak on nas ekscytuje jako czytelników. I dobrze, mamy do tego rzymskie prawo, pies nam mordę lizał.
Jeśli jednak artysta bierze się za opis rzeczywistości, zaczynają się przysłowiowe schody. Kiedy nam relacjonuje żywym tekstem jakieś wydarzenie (w trybie narracyjnym lub jako wypowiedź postaci scenicznej), to mamy równie dobre prawo spytać się, dlaczego nie zajmie się relacjami sportowymi w najlepszej gazecie, a nie zawraca głowy mnie, oczekującemu, niecierpliwemu odbiorcy sztuki, pragnącemu zaskakującego szczytowania jak najwrażliwszy prawiczek inicjacji. Artysta ma mnie posiąść swoim dziełem – jeśli tego nie robi, ani nawet o to się nie stara, to niech odda swe pióro innemu panu, a nie Muzie.
Kajzar zdobywał świat i ludzi opisem opisu powszedniości.. Zniewalał ujęciem codzienności NIE jako konkretnego realnego wydarzenia z życia Kowalskiego czy Kowalskiej, ale jako owego wydarzenia mitem w stadium jego formowania.
Dobrym przykładem jest znacząca i laboratoryjnie precyzyjna kwestia o owadzie (mucha, osa, pszczoła), przypadkowo uwięzionym w szklance (“Archipelag Galapagos”).
Jakże często przeżywaliśmy takie zupełnie banalne chwile, kiedy siedząc przy stole w letni dzień i prowadząc mniej lub bardziej istotną rozmowę usłyszeliśmy natrętne bzykanie muchy, rozbijającej się o szklane ścianki naczynia. Towarzyszy takim momentom specyficzny stan ducha. Jaki? A to już jest istotne dla przezywającej to jednostki. Jaki? Ano różny i tak ma być.
Kajzar tworzy z takiego wydarzenia surogat rzeczywistości w brylantowej szczypcie, kształtuje je w powstający na naszych oczach mit, a właściwie w ARCHETYP wszystkich na świecie wydarzeń tego rodzaju po wsze czasy. Jeśli kiedyś ewolucja spowoduje, że pojawią się latające koty, to ten meta-opis będzie wciąż całkowicie aktualny np. w sytuacji, gdy skrzydlaty kocur wpadnie do dzbanka po kawie (czyli zwykła banalna, codzienna i powszednia okoliczność – przecież to jasne).
I takiej metody kreacji oczekuję od artysty – pisarza, malarza, fotografa, poety i wyjątkowego aktora. Nie jestem mało wymagający – to fakt. Ale za to jakie mam przeżycia, kiedy natrafiam na taką sztukę. Tego mi nikt nie zabierze.
… czy Kajzar i Arrabal, to znowu taki wielki cymes??? Zresztą nawet jeśli nie pytasz (a nie pytasz, bo nie musisz), to i tak odpowiem (bo muszę).
Oczywiście, że nie. Arrabal jest nieco anachroniczny ze swoją awangardową dezynwolturą rodem z lat 50-60-tych. Chociaż obsesje ma bardzo trafne, tzn trafia w moje bebechy, a to już coś.
Pisanie Kajzara trudno nazwać porywającym, ale mieści się w nurcie europejskich nudziarzy artystycznych. Mówię o nim, jako o pisarzu. Teoretycznie nadzwyczaj słuszny, ale warto jeszcze mieć pisarski talent (choć on jednak talent miał, to dlaczego ja narzekam?). To jasne.
Nie chce się wierzyć, że w tym samym czasie na drugim końcu świata powstawało “Sto lat samotności”, “Jesień patriarchy”, “Alef”, “Kraina najczystszego powietrza”, ponad-epokowa “Terra Nostra”, której trzy tomy ujmowały historię naszej cywilizacji w potężne archetypy, “Plugawy ptak nocy” ze swoją uwodzicielską narracją.
Macondo zawładnęło naszymi duszami i zmysłami, a “Raj” Jose Lezama Limy (i pewnie jego “Wazy orfickie”) stał się tropikalną biblią sztuki w ogóle. Triumf mitu, archetypu i współ-stwórczej kreacji świata.
W porównaniu z kunsztem Latynosów starania Arrabala czy Kajzara wydają się nader wątłym i niezbyt smacznym ersatzem ambrozji, taką ambrozją instant.
To właśnie cudowni Latynosi zrealizowali odwieczne marzenia wszystkich kontynentalnych awangard o idealnej równowadze formy i treści. Odkryli oni bardzo prosty sposób na przekazywanie siebie innym – przypomnieli nam, że na początku była przypowieść, a z niej wysnuła się Biblia i Koran i że jeśli w przypowieści najważniejsze zdanie brzmi “Na początku był… i dalej, dalej”, to początek jest najistotniejszy w ogóle – w sztuce literackiej też.
I wielcy autorzy podjęli trud opisu wszystkiego in statu nascendi. Kreowali w swej prozie świat pełen jeszcze nienazwanych elementów, ledwo widocznych, ale ruchliwych efemeryd, pragnących przybrać jakiś, często byle jaki kształt, który pozwoli im – po prostu – być.
Jeśli kwestia ostatniej kochanki dyktatora brzmi “od czasu kiedy mnie zgwałcił, gdy miałam 12 lat”, to doskonale wiadomo, że jej narracja ma właśnie taki moment inicjacyjny i jest to czas, w którym powstaje człowiek i towarzyszący mu mit.
Posłuchajmy, oglądajmy, ściągajmy i cieszmy się:




Possibly Related Posts:
- Dialogi z dziewczyną
- Solidarni 2010 – reż. Ewa Stankiewicz, Jan Pospieszalski
- Granda recenzencka – Dni Otwarte Teatru Studio
- Co mi zrobiła Marta Klubowicz?
- Odjęło nam ją
Co mi zrobiła Marta Klubowicz?

Marta Klubowicz, fot. K. Opaliński
Moje pierwsze spotkanie z tą aktorką polegało na tym, że ją i Ewę Kasprzyk, grające odpowiednio Amelkę i Kwirynę w „Dziewczętach z Nowolipek” Barbary Sass myliłem uporczywie z Emilią Krakowską i do niedawna byłem przekonany, że ta ostatnia grała jedną z dwóch, wymienionych postaci.
Początek znajomości był więc dość interesujący i ktoś przewidujący oraz wystarczająco bystry mógłby się spodziewać, że w owym qui pro quo kryła się bomba z bardzo opóźnionym zapłonem. Ale ja nie spodziewałem się niczego i prostodusznie zanurzyłem się w życiu na następne kilkanaście lat.
W tak zwanym międzyczasie dochodziły do mnie odgłosy z drogi, którą nazwijmy drogą kariery młodziutkiej aktorki. Pobrzmiewało jakieś takie „ależ ta Klubowicz zdolna, młoda, jak całe jej pokolenie”, nie wiedziałem tylko, czy chodziło o pokolenie w ogóle, czy też o generację aktorek które „coś tam, coś tam i tak dalej”, że posłużę się słynnym określeniem aktywności autorstwa posłanki Ewy Kruk (kocham Panią, Pani Ewo!!!). Czyli, że one umieją i mogą więcej od przedstawicielek poprzednich roczników i takie pieprzenie w bambus.
Widziałem ją jeszcze w jakimś spektaklu teatru telewizji. Zachowując wszelkie proporcje tego porównania, powiedziałbym tak jak Czechow, zapytany o opinię o Dostojewskim: „A, czytałem. Bez wrażenia”. Przyjąłem po prostu do wiadomości, że gra właśnie młoda, zdolna – i tyle.
Potem Marta K. zniknęła, a po kilku latach pojawiła się na bardzo odległym horyzoncie, a dobrze poinformowani znajomi donosili mi, że nader często mówi wierszem i to niejednym.
Co mi więc takiego uczyniła Marta Klubowicz, że od jakiegoś czasu uważam, że znacznie jej bliżej do Dostojewskiego, podczas gdy mnie nadal niedosiężnie daleko do Czechowa?
Cóż ona mi zrobiła takiego specjalnego, że myślę o niej, jak o jednej z najwybitniejszych polskich aktorek teatralnych i filmowych?
Ale to drobnostka. Myślę o niej jeszcze jako o jednej z najwybitniejszych postaci polskiej kultury, o kimś wszechstronnie utalentowanym i bardzo, bardzo wiele znaczącym. Tak, w ogóle znaczącym – jakkolwiek zabrzmiałoby to nieprecyzyjnie.
W roku 2000 ujrzałem Martę Klubowicz w roli Aktorki, w inscenizacji telewizyjnej sztuki Petera Turriniego pt „Miłość na Madagaskarze” (reżyseria Waldemar Krzystek). W postać Rittera wcielił się Janusz Gajos. Obejrzałem i zapamiętałem. Ten seans spowodował, że zacząłem ją traktować jak poważną aktorkę dramatyczną. Powiedzmy to tak: ujrzałem w niej aktorkę. I jeszcze więcej. Uznałem to spotkanie za czas zetknięcia się z artystką i jej sztuką. To dla mnie bardzo ważny moment.
No i co? Teraz będę piał z zachwytu, rekompensując tym obojętność z poprzednich lat? Może będę się kajać, że nie zauważyłem i nie doceniłem zjawiska, a teraz aż ślinię się z zachwytu, zagłaskując swe chropowate sumienie? A w żadnym cholernym przypadku!!! Niedoczekanie!
Już we wspomnianej roli Aktorki kilka momentów nie dograła, a zakończenie wręcz położyła. Nie ma lekko, pani Marto, jak się w pewnych scenach pokazuje mistrzostwo świata, to już trzeba postarać się wytrzymać wszystko. Takie są moje egoistyczne oczekiwania widza. Patrzę i widzę, i tak ma być. Nie może być zgrabiałego gestu dłoni i palców w wizji nadmorskiego, romantycznego spaceru, gdyż nic takiego środka wyrazu nie uzasadnia. Itede, itepe.
Ale z drugiej strony (z jakiej drugiej? – Ach, ta dialektyka sztuki) pokochałem Panią już podczas pierwszych scen „Miłości na Madagaskarze”. Aktorka siedziała przy sąsiednim stoliku hotelowej knajpy, paliła papierosy w długiej cygarniczce, piła czerwone wino i spod stylowego kapelusza o szerokim rondzie uważnie obserwowała Rittera, opowiadającego nieporadnie fabułę przyszłego filmu latynoskim producentom.
To zaglądanie przez ramię, niewymuszona mimika Pani twarzy tworzyła spektakl w spektaklu. I to właśnie było mistrzostwo świata, które mnie widzowi dotychczas obojętnemu dało okazję do zakochania się. I jeszcze powtórzenie kwestii w scenie z „Casablanki”, granej wraz z Ritterem w hotelowym pokoju. Takie chwile pozostają we mnie na całe życie, a może dla nich właśnie żyję.
Nie dość tego, co dotychczas. Marta Klubowicz uczyniła mi znacznie więcej… .
Wprowadziła mnie w świat niemieckiej poezji XIX-wiecznej, którą wspaniale tłumaczy, a także recytuje, a właściwie mówi, wypowiada podczas magnetycznych spektakli. Dzięki niej poznałem Josepha von Eichendorfa, niezbyt znanego u nas, a przecież żyjącego niegdyś na naszych ziemiach na Opolszczyźnie – poetę głębokiego, chociaż nieco oschłego, albo raczej wstrzemięźliwego (tu dochodzi do głosu mój mocno rozbestwiony emocjonalno-zmysłowy gust i nic na to nie poradzę).
Ale chyba najwięcej uczyniła mi swoimi przejmującymi wierszami, tymi z lat 80-tych, w których narastające z czasem, zracjonalizowane doświadczenie nie stłumiło jeszcze uczuciowej i zmysłowej melodii, nie pokryło asfaltem świętych bebechów. Wtedy właśnie zostały zapisane te niesamowite słowa o świecie, stworzonym przez Boga z odebranej samemu sobie śmierci:
jestem już stary
dlaczego
spytał świat
wielkiego Boga
stworzyłeś mnie
na niepodobieństwo
jestem zły
bo miliardy lat
czekam
na koniec
jaki mi przepowiedziałeś
skarżysz się bo masz umrzeć
i skarżysz się bo nie umierasz
odpowiedział wieczny Bóg
odebrałem sobie śmierć
i uczyniłem z niej ciebie
był i to warunek
tego co nazwałeś
stworzeniem
ale oni nie zrozumieją
tylko ze strachu
nazwali mnie miłością
strach wiarą
a z głupiej zazdrości
uwierzyli
w nieśmiertelność dusz
jeśli bym ciebie obrócił w proch pomyśl
kim będę
samoskazany
na nieskończone
dożywocie
(Przypowieść o wieczności)
To wiersz niezwykle ryzykowny ideowo, ale równocześnie wiersz potężny. Tak to widzę.
Przenikliwa artystka celuje prosto w mój splot słoneczny frazami swoich najlepszych wierszy – w moją dawną samotność, w moje kompleksy, w moje najskrytsze i najgorętsze pragnienia, w moją nieprzepartą chęć dawania miłości i życia. Taka poezja robi ze mną co zechce. Ale co ona sama chce? Pewnie pragnie być napisana przez Martę Klubowicz, jak „Przypowieść o samotności”:
Kto powiedział
że jestem samotny
wykrzyknął palec
wskazujący drugą dłoń
wiem że nie jesteś lustrem
spotkały się w modlitwie
tylko głowa jest samotna
szeptały cicho dłonie
popatrz na jej usta
a nawet oczy
one
mogą widzieć się
tylko w lustrze
Tak, Pani Marto, ja tak dalej patrzę na rzeczywistość i ludzi. Nie odeszło ode mnie „dziecięctwo”, dedykowane mi kiedyś wpisem w książce przez Stachurkę, przez piękną pisarkę dla dzieci Stachę Domagalską, zmarłą trzy lata temu. „Oby jak najdłużej przetrwała w tobie choćby okruszyna dziecięctwa” – tak napisała (tego i Pani jak najserdeczniej życzę) Na moje szczęście los okazał się łaskawy i nie pozwolił jeszcze skamienieć uczuciom i zmysłom, ani nie pozbawił mnie chwil wspaniałego „odjechania” myśli i całego wrednego racjonalnego bełkotu, przysparzającego jedynie goryczy.
Dlatego cieszę się poezją, sztuką i grą aktorską. Dlatego cieszę się, że Marta Klubowicz zrobiła mi to, co zrobiła. Zrobiła mi na całą resztę mojego życia.

Marta Klubowicz, fot. Czudowski, Wajnberg
I jeszcze trochę wideo-klipów z Martą Klubowicz w różnych rolach:
Cesarskie Cięcie - epizod 1 -4.58 MB
Cesarskie Cięcie - epizod 2 -3.66 MB
czarny - epizod 1 -4.38 MB
czarny - epizod 2 -3.52 MB
Dotknięci -2.24 MB reż. Wiesław Saniewski
Dziewczęta z Nowolipek - epizod 1 -9.96 MB reż. Barbara Sass
Dziewczęta z Nowolipek - epizod 2 -15.04 MB reż. Barbara Sass
Miłość na Madagaskarze - epizod 1 -7.32 MB reż. Waldemar Krzystek
Miłość na Madagaskarze - epizod 2 -3.49 MB reż. Waldemar Krzystek
Och, Karol - epizod 1 -2.25 MB
Och, Karol - epizod 2 -6.24 MB
Och, Karol - epizod 3 -1.17 MB
Rana - epizod 1 -1.83 MB Scenariusz i reżyseria: Marta Klubowicz
Zimny Prysznic - epizod 1 -3.2 MB reż. Fred Apke
Zimny Prysznic - epizod 2 -5.64 MB reż. Fred Apke
Possibly Related Posts:
- Solidarni 2010 – reż. Ewa Stankiewicz, Jan Pospieszalski
- Granda recenzencka – Dni Otwarte Teatru Studio
- Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
- Fred APKE – dialog
- Teoria macania-łykania
Odjęło nam ją

Marta Klubowicz - z serii "Okna"
No i stała przed nami w samych majteczkach, mówiąc: „W głowie mi się kręci. Ale właściwie to gdzie ma mi się kręcić”. Zarechotała chrapliwie, gdyż ją to rozśmieszyło, a głos jej mocno złachało życie.
Ciało jej stanowiło formułę idealną. Pięćdziesiąt pięć lat, a gładkość trzydziestolatki. Nie widziałem tak młodzieńczo rzeźbionego brzucha u żadnej młodej kobiety. Mam szczęście do takich cudów bio-natury – jakkolwiek to zabrzmi – dzięki sobie samemu.
Tylko twarz wskazywała na wiek, ale jej pięknie skrojone, świeże usta i ogromne zielone oczy zacienione długimi, siwymi rzęsami stanowiły przekaz erotycznie wstrząsający. Była pod koniec lat pięćdziesiątych jedną z najpiękniejszych studentek ASP w Krakowie. Ale mnie jej uroda fascynowała właśnie teraz.
Nieco zmęczona wielodniowym piciem była w stanie anielskim.
My też. Wódki było pod dostatkiem. Któryś z poputczików naszych bezdennych, nie dzielonych na doby biesiad przyniósł całą skrzynkę gorzały typu „Baltic Vodka”. Siedzieliśmy więc rzędem na kanapie – Boguś z magicznej Burakowskiej, Jarek i ja. Przepełnieni byliśmy słodką watą zadowolenia – wiedzieliśmy bowiem, iż idąc „za potrzebą” statecznym choć niepewnym krokiem potkniemy się o zgrabny kontenerek, a flaszki dadzą nam znać o swoim treściwym istnieniu brzękiem i subtelnym chlupaniem.
Na lewo od nas na środku podłogi obszernej pracowni niezbyt głośno wyła ogolona na łyso Julia. Była cudownie marmurowo naga, widocznie w ten sposób wygodniej jej było cierpieć. Siedziała z podkulonymi nogami i wadziła się z Panem Bogiem na temat swojej egzystencji.. Wyła w intencji ułaskawienia, wyzwalającego z wrogiego wewnętrznego świata.
Nie zwracaliśmy uwagi na ten ludzko-boski zgrzyt. Sami przecież byliśmy bogami naszego azylu, przynajmniej w tym momencie poczucie potęgi nas rozpierało, a anielstwo stojącej przed nami Ewy stanowiło gwarancję bezpieczeństwa przed jakimkolwiek postronnym potępieniem.
Stała więc przed nami i nie bardzo wiedziała co mówić, ani jak sytuację rozwinąć była bowiem koszmarną szantrapą, którą stan rozanielenia musiał doprowadzać do fundamentalnej konfuzji. Niestety nie przyszedł akurat nasz podręczny ratownik seksualny – Martin, chłopina durna, ale nieoceniony środek na chwilowe zakłopotanie natury erotycznej. Po prostu natychmiast poszedłby z Ewą do łóżka, w ten sposób doceniając klasę estetyczną i byłoby po kłopocie.
A dlaczego nikt z nas, obecnych nie podszedł do niej i nie dotknął delikatnie czy niedelikatnie, ale znacząco jej gładkiego ciała? Przecież nam-mnie podobał się jej anatomiczny portret.
Odpowiedź jest rozbrajająco prosta – czuliśmy się zbyt szczęśliwi, nirwana azylu sprawiała, że wszelki wysiłek psycho-biologiczny był nam-mnie do niczego niepotrzebny. Po co on herosom mikroświata niepodległego, azylu poza wszelkim zewnętrznym uzależnieniem od rzeczywistości, zwanej dodatkowo i trochę bez sensu realną, po co nam klientom nocnych delikatesów jeszcze jakaś dodatkowa satysfakcja, wymagająca sporego nakładu ruchu spoconego ciała?
Mówiąc w sporym i jednak nieco enigmatycznym przybliżeniu, raczej bliższy nam był syf niż prokreacja.
U Ewy bywałem przez kilkanaście brzemiennych w doświadczenie lat.
W jej pracowni tysiące niezapamiętanych rozmów i moich niepowtarzalnych – rzecz jasna – bon-motów wisiało w powietrzu, a raczej było samym powietrzem czy jakąś tam inną materią do oddychania. W uszach miałem nieustanne mruczando boskich stworów, mniej lub bardziej ubranych, ale zawsze pijanych

Okno płaczące
wampirzyc i wampirów, chłepczących przejrzystą krew z kieliszków, przejrzystą – a więc krew duszy, to ona była naszym czarownym pokarmem i nie ma w tym sformułowaniu żadnej manierycznej szarży. Wiem, co mówię, tak było.
Z tego mruczanda wyłaniają mi się jej słowa wyraźniejsze niż ogólny szmer naszych rozmów. Czasami padało „mój mąż” i miało taki jakby charakter ochronny.
Miała w ciągu życia ze trzech mężczyzn na stałe i jednego ślubnego męża, architekta, bardzo przyzwoitego gościa, który wraz ze swoją żoną i dorosłymi już dziećmi z nowego małżeństwa wspierał ją w okresach szczególnych kryzysów osobistych czyli często, a właściwie permanentnie.
Czasami padało „moja córka” i miało charakter porażającej tęsknoty.
Nie miała dzieci i to był jej wielki wewnętrzny ból. Kiedy mówiła o jakiejś młodej niezidentyfikowanej dziewczynie „córka” jej chropowaty głos tężał, a zielone oczy nabierały intensywnej siły. Patrzyła wtedy jakoś tak bardzo wprost, w perspektywę dla niej wyjątkowo otchłanną. W takich momentach prawie ją kochałem, towarzyszyłem jej (jędzy, wiedźmie, szantrapie, awanturnicy i czarownicy) całym swoim raczej dziurawym worem uczuć.
Miałem już 36 albo 37 lat, samotny i bezdzietny. W naszych jałowych kroczach nie było pulsu życia. Nie czuliśmy tego wspaniałego poszumu tętna, które łączy nas z pięknem, gdy przytulimy się czule, zetkniemy delikatnie konchami, w których słychać nas samych w nieregularnie odmierzanym rytmie.
Kiedyś przyszedłem do pracowni bez wódki. Nie było gości. W pustym mieszkaniu, w obszernym pomieszczeniu pracowni pod ścianą z regałem pełnym książek, na krzesełku siedziała uczesana w mały koczek Ewa i dziargała coś na drutach. Jakiś sweter. Siadłem, paliliśmy mocne papierosy i piliśmy herbatę. Rozmawialiśmy spokojnie i poważnie, jak nigdy. Była wyciszona, skupiona, jej głos nie iskrzył zwyczajną mu jędzowatością.
Mówiliśmy o nas, o naszych sprawach, o znajomych, wspominaliśmy naszych zmarłych współbiesiadników. Niezły apel poległych można by zmajstrować. Prawie wszyscy zrezygnowali z życia na własne życzenie, traktując się sznurem bądź pastylkami.
Kilka tygodni później odjęto jej pierś.
Kiedy odzyskała siłę wszystko w azylu powróciło do swej jedynie akceptowalnej normy. Jak już wspomniałem grono azylantów przerzedziło się – Misio nałykał się prochów i już nie umilał nam życia serdecznym szczerbatym uśmiechem, Włodek C. powiesił się na lampie. Piękną Julię kilkakrotnie odratowywano, aby mogła wadzić się z Bogiem, wyjąc nago na podłodze wśród zbieraniny najwspanialszych obrzympałów, dzikich lokatorów zrujnowanej kamienicy na magicznej Burakowskiej, w pobliżu warszawskich Powązek.
A później Ewie odjęto drugą pierś.
Nie stawała już przed nami w kusej, apetycznej bieliźnie i w anielskim nastroju.
Ale korzystaliśmy nadal z azylu, aby dotrwać do jego końca. Do rychłej śmierci Ewy.
Chodzę czasami – naprawdę tak robię, to nie zabieg narracyjny – na dawną ulicę Nowotki, staję pod tym domem, wznoszę głowę. Na ostatnim piętrze widzę trzy okna miejsca miejsc.
Zostawiłem tam piętnaście swoich niepowtarzalnych lat. W miejscu, które zniknęło.
Jestem śladem po Ewie, jestem jej mężem, jej córką i jej wszystkimi wnukami.
Fot. Marta Klubowicz – z serii “Okna”.

Possibly Related Posts:
- Dialogi z dziewczyną
- Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
- Agata Czamor – W cieniu hotelu Marriott
- Nicolaus Copernicus – wybitny uczony i pruski agent
- Boom iberoamerykański – Ku naszej pamięci
Andrzej J. Dąbrowski – Kartki z przemijania cd.
AJD – reżyser teatralny, zamieszkały w Nowym Jorku, publicysta tamtejszej prasy polonijnej i kolejny jego bardzo dobry artykuł ze znanego cyklu.
Kartki z przemijania
W pełni popieram przekonanie, iż zbrodnię katyńską należy traktować tak, jak się traktuje Holokaust. Zbrodnią taką była również rzeź Ormian, głód na Ukrainie i rzeź Polaków na Wołyniu. Absolutnie nie zgadzam się na pojmowanie Holokaustu jako ludobójstwa dotyczącego wyłącznie Żydów.
Owszem, Żydzi stanowią bezsprzecznie największą ilość ofiar Holokaustu, nie dającą się porównać z żadnym innym narodem, ale nie oznacza to, że zjawisko Holokaustu dotyczy tylko ich. Centralna Rada Żydów Niemieckich protestuje przeciwko słowom prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który na Westerplatte

fot. Damian Kramski, Agencja Gazeta
porównał do Holokaustu mord dokonany w Katyniu. Jakby tego było mało, sekretarz generalny tejże Rady zaprotestował przeciwko „wymienianiu jednym tchem Hitlera i Stalina” jako odpowiedzialnych w jednakowym stopniu za zbrodnie wojenne. Komentarz jest tu chyba niepotrzebny.
Nie ukrywam jednak, że wkurza mnie to oddzielanie się Starszych Braci w Wierze od reszty ludzi i nabrzmiewające z roku na rok przekonanie, że Holokaust uczynił z nich naród wyjątkowy, żeby nie powiedzieć – iż utwierdził ich w przekonaniu, iż rzeczywiście są narodem wybranym.
*
Warto odnotować, że Adam Michnik napisał w „Gazecie Wyborczej”, że Stalin był zbrodniarzem i agresorem „porównywalnym z Hitlerem”, czyli powiedział dokładnie to samo co prezydent.
*
Zdumiewające i zarazem znamienne, że na Westerplatte nie pojawił się premier Izraela Benyamin Netanyahu. Nie przysłał też żadnego listu przedstawiającego stanowisko tego kraju. Niestety, również żadna organizacja żydowska nie wsparła Polaków w walce o historyczną prawdę. Jak zwykle, należałoby dodać.
Niekiedy myślę, że stosunki Polski z państwem Izrael są tak dobre, tak dobre, że

Katyń 1940
aż niedobre. Podobnie jak i z większością organizacji żydowskich. W deklaracjach wszystko niby idzie ku dobremu, w rzeczywistości nic się nie posuwa do przodu. Nie z polskiej winy na ogół.
*
Dobrze się stało, że prezydent Kaczyński przeprosił za zajęcie Zaolzia przez wojska polskie w 1938 roku (plik z przemówieniem do ściągnięcia pod artykułem – przyp. Piotr Wójcicki). Już dawno my – Polacy – powinniśmy to zrobić. Owszem mieliśmy prawo do tej części Śląska Cieszyńskiego, ale wyegzekwowaliśmy je w najgorszym z możliwych momentów. Poniosła nas narodowa pycha. Nacjonalizm zazwyczaj odbiera rozum.
*
„Narodu mego krwią pisane czyny
Słowo mi całe ubrały w rubiny,
…… Polski niebieskie pokusy
Słowo mi złote ubrały w turkusy.”
-Tak pisał Słowacki o swej sztuce, wyrosłej z Polski. A tak się o tę Polskę modlił -
„Niech ku północy z cichej się mogiły
Podniesie naród i ludy przelęknie,
Że taki wielki posąg – z jednej bryły,
A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,
Ale z piorunów ma ręce i wieniec,
Gardzący śmiercią wzrok – życia rumieniec.”
Dziś Polska jakoś nie pamięta o dwusetnej rocznicy urodzin swego drugiego wieszcza, przypadającej 4 września. Patrząc na nią z oddali można by pomyśleć, że ważniejsze są w niej doraźne spory i występ Madonny. A ja naiwny spodziewałem się bicia w dzwony, wielkiej mszy na Wawelu, sesji
Juliusz Słowacki - 1831
naukowych na uczelniach, przestawień w teatrach, uroczystości w Instytucie Badań Literackich, wystawy w Muzeum Literatury, wieczorów poezji w redakcjach polonijnych, specjalnego wykładu na Columbii, sesji w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku. A tu jak na razie cicho. Może w ostatniej chwili coś istotnego się odbędzie. Ale tak bez przygotowań? Wszak najlepsza improwizacja jest wówczas, kiedy jest dobrze przygotowana. Na szczęście mam w oczach dziesiątki zniczy, jakie paliły się dwa lata temu we Wszystkich Świętych na dawnym grobie wieszcza na Cmentarzu Montmartre. Pamiętam też wzruszenie pewnego młodego człowieka, który trwał przy tej mogile czas długi. Może to on ocali w przyszłości od zapomnienia to, co dla nas Polaków powinno być wieczne…
*
Moi warszawscy przyjaciele – Ewa i Wojciech Brojerowie urządzają w swym domu na Jelonkach wieczór poświęcony poezji Słowackiego. Zapraszają i mnie. Poleciałbym, poczytałbym, podyskutowałbym, ale nie mogę. Przesłałem im tedy kilka reżyserskich pomysłów, może zrealizują.
*
Niegdyś nie doceniałem Słowackiego. Stale się sprzeczałem o niego z wielką aktorką Elżbietą Barszczewską, z którą byłem zaprzyjaźniony. Ona go tak uwielbiała, że jego imieniem nazwała swojego syna. Znała na pamięć bardzo wiele jego wierszy i mówiła je tak, jakby sama je napisała. W jego sztukach stworzyła kreacje, które przeszły do historii teatru polskiego. Była w jego

Elżbieta Barszczewska
dziejach najlepszą Lillą Wenedą, Dianną w „Fantazym”, Salomeą w „Horsztyńskim”. Jej Amelię w „Mazepie” porównywano z kreacją Modrzejewskiej. Role te grała u boku Solskiego, Leszczyńskiego, Adwentowicza, Osterwy, Zelwerowicza. Jak zanotował bodajże Jan Kott – „dorównywała w nich namiętnościami drugiemu z wieszczów”. I pomyśleć, że dziś nie wystawia się Słowackiego niemal w ogóle. Ponoć nie ma już zapotrzebowania na ten rodzaj poezji, ponoć nie ma już takich artystów jak Barszczewska.
*
Zdumiewające, że za życia Słowacki nie był doceniony. Z naszych wielkich, wartość jego poezji doceniał bodajże tylko Norwid. Niedocenienie powodowało u Słowackiego ataki zazdrości. Był tak zazdrosny o znaczenie muzyki Chopina, że nawet rodzona matka musiała go poskramiać w listach. Jego zazdrość o poezję Mickiewicza czyniła go wręcz śmiesznym. I to nie tylko w oczach rodaków. Oto obrazek, jaki zanotował
a George Sand w swoich „Rozmowach codziennych z Piffoelem” – „Podczas zebrania polskich emigrantów, pewien poeta, jak się mówi dość mierny i trochę zazdrosny, wyrecytował wiersz skierowany do Mickiewicza, gdzie, szafując pochwałami, uskarżał się ze szczerą niechęcią, która zresztą nie była w złym guście, na wyższość tego wielkiego poety. Był w tym, jak widać,
Szczęśliwy naród, który ma takich poetów.
*****
A oto pliki pdf, które warto ściągnąć i przeczytać, albo i nie:
***
- Expose premiera Jarosława Kaczyńskiego -185.7 KB
- Expose premiera Jerzego Buzka -181.31 KB
- Expose premiera Kazimierza Marcinkiewicza -193.14 KB
- Expose premiera Leszka Millera -167.29 KB
- Expose premiera Marka Belki -155.74 KB
- Projekt ustawy o dyscyplinie wojskowej -16.12 KB Opis zawartości.
- Prezydent RP na Westerplatte -26.39 KB Uroczystości oficjalne z zagranicznymi gośćmi.
- Projekt ustawy o koordynacji spraw związanych z członkostwem w UE -17.52 KB Opis zawartości.
- Projekt ustawy o ratyfikacji traktatu lizbonskiego -15.57 KB Opis zawartości.
- Projekt ustawy o służbie więziennej -18.54 KB Opis zawartości.
- Przemówienie Prezydenta RP na Westerplatte -26.39 KB Podczas uroczystości o świcie 1 września 2009.
- Rządowy program profesjonalizacji armii -16.6 KB Opis zawartości.
- Strategia udziału Sił Zbrojnych w opercjach międzynarodowych -17.28 KB Opis zawartości.
- Założenia do krajowego planu ochrony infrastruktury krytycznej -17.5 KB
Possibly Related Posts:
- Zapisz się do mojego klubu przyjaciół. Come Into My Friends Club, please.
- Grzegorz Eberhardt o Stanisławie Domagalskiej – Reportaż, czyli sztuka donosu
- Raport o WSI – sławny i nieznany
- Veritocracy Test – Don’t Bother – Nie przejmujcie się tym postem
- Typepad Edytor doesn’t work – Przepraszam
Grzegorz Eberhardt – Orłosiowi odpowiadam

Grzegorz Eberhardt
Grzegorz Eberhardt, autor znakomitej książki (obszerna recenzja z tej monumentalnej pracy, autorstwa Krzysztofa Masłonia) “Józef Mackiewicz. Pisarz dla dorosłych” napisał tekst, polemizując z artykułem Kazimierza Orłosia, zamieszczonym w “Rzeczpospolitej”. Niestety, redakcja tego dziennika odmówiła mu zamieszczenia polemiki.
Oto ten tekst:
Faktycznie, zagubione proporcje
W odpowiedzi na artykuł Kazimierza Orłosia „Zagubione proporcje”, zamieszczony w „Plus-Minus” z dnia 22-23.08.2009 r.:
Kazimierz Orłoś ma rację stwierdzając, iż w Polsce nastąpiło zachwianie proporcji w ocenie zachowań, działań ludzkich z okresu PRL. Tak, stało się źle, bardzo źle! Ale czy to ma oznaczać rezygnację z prób nazywania dobra dobrem a zła złem…? To, że wysocy funkcjonariusze „organów” chodzą na wolności, a wielu dawnych

Kazimierz Orłoś
działaczy „Solidarności” ma głodowe emerytury, nie oznacza, iż nie można poddawać krytyce np. życiorysu Cata Stanisława Mackiewicza. Zwłaszcza, gdy pisze się książkę poświęconą jego bratu, Józefowi Mackiewiczowi.
Generalnie, Cat – o czym w swoim „Pisarzu dla dorosłych. Opowieść o Józefie Mackiewiczu”, bardzo konkretnie piszę – był jednym z istotniejszych sprawców rozwoju twórczego swego młodszego brata. Atmosfera intelektualna, twórcza stwarzana przez Cata w redakcji „Słowa” wileńskiego, była najwłaściwszą uczelnią dla zaistnienia, sformatyzowania przyszłego autora „Kontry”, czy „Nie trzeba głośno mówić”. Tego najważniejszego – moim zdaniem – polskiego publicysty, pisarza XX wieku. I takim był Cat przez wiele, wiele lat. Gdzieś do końca lat 40., gdy to zaczęła się jego najsmutniejsza część życia, po latach nazwana przez Józefa „drogą wielkiego ześlizgu”. Młodszy brat już w roku 1949 domyślał się dwuznaczności układów, w jakie zaczął wtedy wchodzić Stanisław. Józef zerwał z nim wszelkie kontakty (łącznie z nie rozpoznawaniem przy przypadkowych spotkaniach). Kończąc wątek braterstwa, stwierdzę, iż niewątpliwie czynem absolutnie nieodpowiedzialnym wobec głównego bohatera mojej książki, Józefa, byłoby przemilczenie przeze mnie faktów dotyczących postępków, zachowań jego starszego brata. Faktów, od kilku lat powszechnie znanych.
I tak też uczyniłem; domysły Józefa uzupełniłem wiedzą – wbrew sugestiom Orłosia – nie pobieraną z archiwum IPN, a z publikacji, które w ostatnich latach ukazywały się na łamach dzienników, tygodników, czy też w książkach. Publikacje te – co chyba jest ważne – w chwili swego zaistnienia nie spotkały się z niczyim protestem, próbą sprostowania itd., itp.. Powtórzę więc; w swym „Pisarzu dla dorosłych” jedynie cytowałem powszechnie już znane materiały.

Józef Mackiewicz
Jednym z zarzutów wysuwanych pod moim adresem przez Orłosia, jest sugerowanie jakoby, przy pisaniu książki, zabrakło mi… empatii. Inaczej mówiąc, mam być osobą nie potrafiącą ocenić, ani dostrzec, stanów emocjonalnych innych osób. Czytelnik nie ma wątpliwości, iż chodzi tu o rodzinę Cata Mackiewicza; także i jego wnuki, prawnuki. Po raz kolejny muszę mu przyznać rację! Faktycznie, nie myślałem o tego rodzaju skutkach emocjonalnych swej książki. Nie przewidziałem ich, i ani myślałem, aby przewidywać! Gdybym przewidywał, pisałbym nie książkę a wypracowanie szkolne, góra na trzy strony. Bo przecież, dlaczego to miałbym dbać jedynie o dobre samopoczucie rodziny Stanisława Mackiewicza, a nie dbać już np. o kondycję psychiczną, powiedzmy, rodziny Nowaka-Jeziorańskiego, Korbońskiego i dziesiątków innych, ważnych dla naszej historii postaci, a którym również odważyłem się postawić kilka pytań, wyrazić czasem niepokój. Po tych ludziach także, zapewne, pozostały wnuki, prawnuki itd. itp. Złośliwie komentując ów zarzut autora „Cudownej meliny”, mógłbym stwierdzić, iż posunął się on do próby uprawiania tzw. prywaty, wyraźnie dbając jedynie o interes najbliższych sobie osób! I już całkiem na serio zaproponuję czytelnikom wizję naszej publicystyki, literatury, w której nie będzie można – aby nie obrażać (?) żyjących potomków – pisać krytycznie o czynach ważnych dla Polski postaci… Na szczęście, daleko nam do takiej kondycji. Chyba, daleko…
Następnym zarzutem jest stwierdzenie, iż swe oskarżenie wywodzę pomimo braku w archiwach jakiegokolwiek dokumentu podpisanego przez Cata… Tak, Cat nie pisał osobiście donosów, wszak, na prośbę funkcjonariusza z reżymowej ambasady, mówił wolno i wyraźnie, tak aby tamten miał czas na czynienie notatek (piszę o tym w książce). Na skutek tych informacji ubecja/esbecja miała doskonały wgląd w kulisy życia emigracji, także i w intrygi. Cat przekazywał też konkretną wiedzę o konkretnych ludziach A przecież zdawał sobie sprawę z kim rozmawia. Wiedział, iż w tym przypadku nie ma bezpiecznych rozmów.
Pozwolę tu sobie zacytować opinię Jana Nowaka-Jeziorańskiego, postaci, z którego zdaniem częściej się nie zgadzam aniżeli zgadzam, w tym przypadku jednak jego słowa w pełni popieram. I tak, b. szef polskiej sekcji RWE, omawiając kontakty red. Trościanki z władzami reżymowymi, stwierdzał: „Bez względu na to, że wzbraniał się przed podpisaniem formalnego zobowiązania, był agentem tego reżimu, skoro podjął współpracę i pomagał osłabiać ‘Wolną Europę’ (…) Trudno mi to nazwać inaczej niż zdradą.” („Rzeczpospolita”, nr 220, 2004 r.)
Orłoś stawia mi zarzut o nazywanie Cata: „agentem”, który „kolaborował z Polską Ludową” oraz „walczył przeciw CIA ramię w ramię z KGB”. Tu mogę jedynie stwierdzić, iż autor „Zagubionych proporcji”, wyrwał owe terminy z kontekstu książki, tym samym nadał im nową treść. Pewnym jest natomiast, iż agentem, zdrajcą Cata nazywało wiele osób. Szczególnie ci z roku 1956 komentujący jego wyjazd do kraju. Np. 15 czerwca rząd RP, w specjalnym oświadczeniu, stwierdzał: „Cat ustawił się w jednym szeregu dezerterów i zdrajców”. Postępek Cata zdradą nazywali członkowie Rady Rzeczypospolitej Polskiej. Adam Pragier zastanawiał się dlaczego Cat nie wrócił do kraju w 1945 a dopiero w 1956, gdyż Polskę alianci zdradzili właśnie w roku 1945 a nie 1956. Pytał Pragier: „Na co on czekał?” Zdrajcą Cata nazwał również b. minister sprawiedliwości w jego rządzie – Stanisław Lubodziecki. „Myśl Narodowa” twierdziła, iż poprzez swe kampanie antybrytyjskie czy antyamerykańskie „rozłożył emigrację wizją beznadziejności”.
A Józef Łobodowski pisał w „Syrenie” 1956 r., kpiąc z „logiki” Cata: „Zachód nas zdradził i wydał w ręce bolszewickich morderców, wobec tego należy przejść na stronę tych morderców; przywódcy emigracyjni są agentami zachodnich mocarstw, wobec tego zostańmy narzędziem agentów sowieckich”.
Orłoś powinien też pamiętać, iż Cat Mackiewicz piastował przez ponad rok (1954 – 1955) stanowisko premiera Rządu Londyńskiego, a więc – obok Prezydenta – był najważniejszą postacią emigracji. Postacią dopuszczoną do największych tajemnic tej społeczności. Stanowisko pierwszego ministra nakładało na niego obowiązki, ale i odpowiedzialność nieznaną „zwykłemu” emigrantowi, czy publicyście.
Nie wchodząc głębiej w ocenę merytoryczną tekstu autora „Cudownej meliny”, chciałbym jeszcze tylko zwrócić uwagę na jedną, ważną niedokładność; myślę, że podstawową dla tembru omawianego artykułu. Oto Orłoś (prawnik z wykształcenia), stwierdza jakoby krytykowane przez publicystów osoby były bezradne wobec zarzutów, gdyż: „mają zamknięty dostęp do archiwów IPN, na podstawie których są oskarżani”. Nie jest to faktem; ustawa z dnia 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (Dz. U. z 2007 r. Nr 63, poz. 424 z późn. zm.) oraz ustawa z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych dokumentów (Dz. U. z 2007 r. Nr 63 poz. 425 z późn. zm.), informuje, iż każdy ma prawo wystąpić z wnioskiem o udostępnienie akt. Zniesiony został status pokrzywdzonego, aby uzyskać wgląd do kopii dokumentów, wystarczy złożyć wniosek. Jedynym ograniczeniem jest to, iż współpracownikom, pracownikom i funkcjonariuszom organów bezpieczeństwa państwa nie udostępnia się dokumentów wytworzonych przez nich lub powstałych przy ich udziale.
Zwracam uwagę na tę niedokładność prawną artykułu także i dlatego, że, kwestia ta, wypisana w pierwszym akapicie publikacji, niemal słowo w słowo zostaje powtórzona w finale tegoż tekstu: „Wobec publicznych zarzutów pozostają bezradni: mają zamknięty dostęp do archiwów IPN, na podstawie których są oskarżani. Takie jest prawo.”
Także więc i niżej podpisany pozwoli sobie powtórzyć: prawo jak najbardziej zezwala na dopuszczenie takich osób do akt IPN’owskich. Ich, lub np. p. Orłosia, gdyby chciał osobiście je ocenić, a choćby w przypadku Cata.
Grzegorz Eberhardt
Zobacz moją stronę komentatorską:

Zobacz mój foto-blog o sztuce fotografii:

Possibly Related Posts:
- Mucha w szklance. Notatki – Arrabal, Kajzar, Latynosi
- Jan Pietrzak o antypolonizmie
- Alina Cała i ja w akcji
- Dział: PLIKI oraz apel o linki
- Wojciech Brojer – Eden (interpretacja)
Jan Pietrzak o antypolonizmie
Najlepsze są najprostsze recepty na zjawiska negatywne. I taką receptę na antypolonizm w sposób klarowny i zrozumiały funduje nam Mistrz Jan Pietrzak.
Wielu pamięta jego nadzwyczajną popularność w czasach PRL-u. Ja sam żebrałem pośród znajomych o jakieś nagrania jego monologów kabaretowych, rozprawiających się zjadliwie z komuną pod wszystkimi postaciami. Słuchałem jego głosu z rozpalonymi policzkami i czułem, że napełnia mnie nadzieja. Za tę nadzieję jestem Janowi Pietrzakowi najbardziej wdzięczny i teraz jako starszy już facet uważam, że działalność Mistrza przyczyniła się do przeżycia trudnych czasów bez jakichś katastrofalnych ubytków w duszy i mózgu.
Teraz Jan Pietrzak znalazł się w sytuacji osoby wyklętej przez “salon warszawsko-krakowski”, gdyż mówi i przekazuje słuchaczom za wiele niewygodnej prawdy i propaguje wartości nie do przyjęcia przez gigantów postępu. I jeszcze do tego mówi to w sposób prosty i klarowny, a więc – o zgrozo – jego przekaz może trafić do odbiorców. Po prostu, niebezpieczny gość.
O antypolonizmie w przytoczonym tu klipie mówi właściwie tak treściwie, że nie pozostaje właściwie nic mądrego do dodania. Dlatego od siebie dodaję komendę: “wykonać”. Posłuchać i zastosować w praktyce.
A oto fragment recenzji Zbigniewa Herberta z 1981 roku:
Moja naiwność rodzi powagę. Więc zupełnie poważnie: nie udało mi się dotychczas spotkać kabaretu, w którym jak tutaj, stare słowa – a bez nich każda opowieść jest emferyczna i skazana na zatracenie – stare, poniżane tyle lat słowa – ojczyzna, godność ludzka, sprawiedliwość brzmią prosto, czysto, niedwuznacznie. Mężny i wzruszający, komiczny i prawdziwy – Jan Pietrzak.
(całość recenzji – pod tym adresem na stronie Jana Pietrzaka)
I tak jest w dalszym ciągu – co talent, to talent.
Pliki do ściągnięcia – dwa pakiety spakowane w ZIP:
1. Kabaret Jana Pietrzaka -2.68 MB Paczka zdjęć (zip) autorstwa Doroty Wróblewskiej i Moniki Ostrowskiej - ich strona: http://www.aparatki.pl/ Zdjęcia są publikowane na stronie Jana Pietrzaka:http://janpietrzak.pl
2. Kabaret Jana Pietrzaka - recenzje prasowe -23.05 MB Pliki PDF, pakiet ZIP - ok. 24 MB.
Zobacz moją stronę komentatorską:

Zobacz mój foto-blog o sztuce fotografii:

Possibly Related Posts:
- Solidarni 2010 – reż. Ewa Stankiewicz, Jan Pospieszalski
- Warszawa-Smoleńsk-Katyń – 10 kwietnia 2010 r.
- Grzegorz Eberhardt – Orłosiowi odpowiadam
- ROCZNICA
- Afery, afery i afery





















